— Babuleńko! — zawoła Pietrzyk na to. — Szedłem do ciebie jak do matki własnej, jak do matki rodzonej szedłem do ciebie po radę. Nie szedłem do Dnia, ani do Nocy, ani do Słońca, ani do Księżyca, tylko do ciebie, babuleńko, bo wiem, żeś mądra i że mądrość twoja z wielu dni i z wielu nocy, i z wielu wschodów i zachodów słońca i księżyca jest, a ty mnie tak przyjmujesz? Taką radę dajesz? Zostańże więc z Bogiem, bo widzę, żem się oszukał.
Mówił to z żalem wielkim w głosie i z urazą w sercu, a zabrawszy się, ku drzwiom szedł.
Już w progu był, kiedy babuleńka piosnkę swą przerwała, wołając za nim:
— Pereł… pereł mu dajcie! Pereł dosypcie!…
— Aha!… Akurat!… — mruknął Pietrzyk i w drogę ruszył, żałując straconego czasu.
Ale głos babuleńki tak urósł, tak się wzmógł, tak wielkie kręgi powietrzne jedne po drugich trącał i napełniał, że choć Pietrzyk daleko już był, jeszcze głos ów leciał za nim, nad nim, przy nim, a precz wołał:
— Pereł… pereł dosypcie mu!… Pereł!…
Zastanowiła Pietrzyka ta wielka moc głosu, która nie z czego, tylko z wielkiej prawdy musiała iść, więc nagle się zatrzymał i rzekł:
— Ha, może to tak trzeba! Może tak i trzeba!
I pilnie rozważać począł, jak i co czynić mu należy.
— Co będzie, to będzie — rzekł wreszcie — szubienicy przecież nie będzie!
A jako zawsze był śmiały, a przygód różnych łakomy, zaraz się z dobrą otuchą do domu wracał i przed króla szedł.
— Miłościwy królu! — rzecze. — Ile pereł zawierzyłbyś mi na tę noc dzisiejszą?
A król:
— Kto zawierzy jedną, zawierzy i wszystkie. Ale ja wierność twoją więcej sobie niźli perły cenię.
Więc Pietrzyk na to:
— Niechże ci będą dzięki za to słowo, miłościwy królu! Garść pereł mi zawierz, a mamli złodzieja owego dostać, to go dziś dostanę.
— Idź a weź! — król na to.
I zaraz wołał skarbnika, żeby garść pereł, nie licząc ich, Pietrzykowi dał.
Ścisnął Pietrzyk kolano pańskie, dziękując, a że serce miękkie miał, więc jedną i drugą łzę otarł ukradkiem, po czym rozśmiawszy się wesoło, szedł perły brać.
A już zmierzch padał na świat.
Zebrały się Krasnoludki, patrzą ciekawie, co będzie, a Pietrzyk z ową garścią pereł prosto do owego śpichrza w ziemi idzie i między ziarno je ciska.
— W imię twoje, babuleńko — rzecze — i starej mądrości twojej!
Po czym się ku towarzyszom obróciwszy, dodał:
— Nie trzeba dziś straży, ni pieczęci! Mikuła i Pakuła! Ruszajcie spać, druhy! Ja sam tu zostanę.
I zaraz na wzgórku siadł, głowę o kamień wsparł i za odchodzącymi sennym okiem patrzał.
Ale od wschodu ruszył się wiatr mały i trawą szeleścił, właśnie jakby szmery i szepty powietrzem szły.
Pietrzyk wszakże, mało na owo to szeptanie zważając, iż znużony był drogą, jak chrapnął, tak się dopiero o świcie przebudził. Przebudził się, patrzy, a tu, prawie u nóg jego, widnieje jakby dróżka od wzgórza ku uroczysku, perłami owymi usypana, co je między ziarno rzucił.
Zakrzyknął tedy i porwał się za tym znakiem biec, a tuż i drużyna Krasnoludków za nim.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.