Mówił tak jeszcze, kiedy mu się nagle wydało, że płacz rzewny słyszy. Ściągnął nieco kaptura i rękę w trąbkę zwinąwszy, do ucha ją zbliżył. Wyraźnie płacz słychać! Właśnie jakby głos dziecka.
— Niech zginę! — rzecze Podziomek, który serce litościwe mając, łatwo się cudzą biedą rozczulał. — Niech zginę, jeśli owemu niebożątku nie gorzej się jeszcze niżeli mnie dzieje! Pójdę, zobaczę, co jest!
I wnet zapominając o swym głodzie, z błot ku lasowi zawrócił i ku wielkiej uciesze czajki prosto na ten głos szedł.
— Wyraźnie dziecko płacze! — mówił, stawiając z kępy na kępę coraz większe kroki, właśnie jak to bocian czyni.
Zaledwie się wychylił z oczeretu, który tu gęstą ścianą stał, kiedy zobaczył pod lasem niewielką łączkę i małą, siedzącą wśród niej na wzgórku dziewczynkę, która ukrywszy twarz w obie ręce, żałośnie płakała.
Wzruszyło się na ten widok serce poczciwego Krasnoludka, więc przyśpieszywszy kroku, podszedł do dziewczynki i rzecze:
— Czegóż to płaczesz, moja mościa panno, i jaka cię krzywda spotyka?
Marysia drgnęła i odjąwszy od twarzy rączki, patrzyła na Podziomka szeroko otwartymi oczyma, słowa nie mogąc przemówić z ogromnego dziwu.
Więc on znowu:
— Nie lękaj się, proszę, moja mościa panno, bom jest życzliwy pannie i przyjaciel!
— Jezu!… — szepnie na to Marysia. — Co to takiego? Małe jak łątka, a gada jak człowiek! Jezu!… Ja się boję!
I już się porywała z tej góreczki precz uciekać, ręce do góry wznosząc jakoby ptak skrzydła.
Ale Podziomek zastąpił jej drogę i rzecze:
— Nie uciekaj, mościa panno, bom jest Krasnoudek Podziomek, który ci ku pomocy chce być!
— Krasnoludek! — powtórzyła jakby sama do siebie Marysia. — Toć wiem! Toć mi nieraz o tych Krasnoludkach mateńka mówiła, że dobre są!
Na to Podziomek z wielką fantazją:
— Mateńka jejmość panny mówiła szczerą prawdę! Rad bym jej dziękował za to!
A Marysia, trzęsąc swą główką złotą, rzecze:
— Nie żyje mateńka moja!…
— Nie żyje? — powtórzył smutnie Podziomek. — Oj, ciężkie to słowo! I kamień letszy od niego!
Pokiwał głową, westchnął, a potem:
— Jakże się zwała mateńka? — zapyta.
— Kukulina! — odpowie Marysia.
— Kukulina?… A dobrodziejkoż ty moja! A to my się znamy! A to waszmość panna nie kto, tylko ta mała Marychna, co to oczki stulała, sypiąc srebrne łezki litościwe wtedy, kiedy mię zła baba ledwo nie ubiła. Aj, królowoż ty moja! A tośmy się zeszli! A to nas fortunny los zetknął! Mów, rozkazuj, co czynić mam, abym ci w tym ciężkim żalu ulżyć mógł.
Ale Marysia, wspomniawszy na przygodę swoją, tym mocniej płakać zaczęła.
— Nie, nie! — mówiła płacząc. — Nic mnie nie pocieszy!
Stał przed nią Podziomek, założywszy fajkę za plecy, i uspakajał ją najsłodszymi słowy.
— Szkoda — mówił — modrych ocząt waćpanny na takie gorzkie płakanie.
A Marysia:
— Nie jestem ja waćpanna, tylko Marysia sierotka!
— Tym więc skwapliwiej chcę waćpannie służyć, iżeś sierotka! Dla Boga, dość tych łez! Gdzież jest chata waćpanny?
— Nie mam chaty! Wypędziła mnie gospodyni, com jej gąski pasła.
— A to zła, niepoczciwa kobieta! — rzecze oburzony Podziomek.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.