Jakoż zaraz rozległo się wołanie:
— Bociek! Bociuś! Boć-boć! A bywajże w dobrą godzinę! A bywaj!…
Chyli się co rychlej Podziomek za bocianią szyję, głos baby poznawszy, ale już dojrzała go jakoś.
— Co za kaduk taki? — mówi, patrząc pilno w górę.
Wtem, klasnąwszy w dłonie:
— Reta! — wrzaśnie. — A toć jeszcze ta sama zła psota! Czy zamówienie jakie, czy co!
A jako prędka była do złości, tak krzyknie:
— Czekajże, pokrako! Zaraz ja cię tu ożogiem sięgnę!
I skoczy pędem do izby, a Podziomek tymczasem hyc z boćka na samo dno gniazda. Zagrzebał się w słomę, skulił, siedzi, a wygląda szparką z boku, co to będzie dalej. Jakoż nie czekając, leci baba z ożogiem. Spojrzy na strzechę: nic nie ma. Bocian tylko rozkraczył się nad broną na czerwonych nogach i klekocze wesoło, rozgłośnie.
— A gdzież się ów podział? — krzyknie baba. — Czy tuman mi na oczy padł, czy co?
Wtem załechtała słoma w nos Podziomka, tak iż nie mogąc sobie żadnej rady dać, kichnął jak z moździerza.
— A, tuś mi! — wrzaśnie baba i nuż go ożogiem sięgać.
Ale nie mogła dostać, bo ożóg był krótki.
— Czekajże — krzyknie — odmieńcze! Przyciągnę ja drabinę.
„Źle!” — myśli Podziomek i za ratunkiem się ogląda, a pot zimny czoło mu urosił.
Spojrzy w dół, ciągnie baba drabinę sążnistą, że by z niej i do wieży kościelnej dostał.
Zamdliło na ten widok Podziomka u samego serca, a już baba drabinę o strzechę wsparła i z ożogiem włazi.
Rzucił się nieszczęsny krasnoludek z gniazda na sam brzeg dymnika.
„Choćby skoczyć?” — myśli. Przemierzył, ani mowy! Rozbiłby się z tej wysokości jak wielkanocna kraszanka.
A tu już baba w połowie drabiny stanęła i wyciąga ożóg.
„Śmierć, nie śmierć — myśli Podziomek — wszystko lepsze niźli babskie bicie”.
I zmrużywszy oczy, rozpędził się i skoczył. Zakręciło mu się zrazu w głowie, świat zakołował pod nim jak puszczona fryga; dach, baba, chałupa i ożóg wszystko mu w oczach magnęło tęgiego kozła i już był pewien, że się kości własnych nie doliczy, kiedy poczuł, że na coś miękkiego spadł, jakby na pierzynę i że to coś co tchu z nim ucieka.
Uchwycił się tedy rękoma, by nie upaść, gdyż go tu obleciał wiatr miły, jakby mu kto wędzonką przesunął pod nosem.
Kot to był, który porwawszy kiełbasę suszącą się w dymniku, zmykał chyłkiem po przydaszku, kiedy mu Podziomek na grzbiet z góry spadł i rękoma się sierści uchwycił, czym przestraszony Mruczek, mniemając, iż go na złym uczynku baba za kark ima, tym większym pędem się puścił.
Daleko już byli od chałupy i wieś prawie im znikała z oczu, kiedy kocisko między chaszcze i pokrzywy wpadłszy, jęło się tarzać po nich, by z grzbietu zbyć ciężaru, który mu dokuczał.
Podziomek wszakże nie puszczał się kociego karku. Pokrzywy parzyły go wprawdzie i osty drapały, ale zapach kiełbasy tak mu był przyjemny, iż postanowił z nią się nie rozłączać.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.