Ciężko mu było wejść, ale jak się dobrze przygiął, tak i wszedł.
Dopieroż się zadziwił!
Myślał, że w takiej mysiej norze, to będzie i ciasno, i brudno, a tam wszystko od złota aż lśni. Tu muzyka przygrywa, tu panna młoda w pierwszą parę idzie, tu stół zastawiony choć na sto osób, tylko się pieczenie smakowite z tego jagniątka kurzą.
Najadł się owczarek do syta, wytańcował, ile chciał, jeszcze mu i na drogę muzyka grała. To jak wyszedł na ziemię, tak tylko precz śpiewał a śpiewał, a to wesele wspominał, póki tylko żył.
— Laboga!… — wrzasną znów pastuszki, wytrzeszczywszy na Koszałka-Opałka oczy. A ów głową kiwa i rzecze:
— Tak! Tak! Krasnoludki, choć małe, mocne są i dużo rzeczy wiedzą.
III
Właśnie kiedy się to działo, wyszedł był sobie Półpanek na małą, jesienną przechadzkę.
Zdrowie jego znów było w kwitnącym stanie. Na wydętym gardle zaledwie pozostała blizna po owym szwie, którym mu babuleńka pękniętą skórę zeszyła, ale biały krawat zakrywał wszystko prawie.
Miał dnia tego Półpanek na sobie tabaczkowy rajtrok, perłowe szarawary, piękną kamizelkę, na której się kołysał ciężki brelok od zegarka, z sygnetem, laskę pod pachą, stojący kołnierzyk i mankiety śnieżnej białości, lekkie ciżemki na nogach, na rękach zaś zielone rękawiczki.
Szedł nadęty i rad sam z siebie, a głowę do góry zadzierał, bo choć głos stracił, w dwoje tyle przybyło mu pychy.
Ta pycha rozdymała go.
Powyłazili na brzeg strugi, aby mu się przypatrzeć, dawni towarzysze, ten i ów zakwakał z podziwu, ale Półpanek nie raczył obejrzeć się nawet.
— Ta żabia czereda mniema — szeptał sam do siebie — że się ze mną bratać i koligacić może! Co za bezczelność! Jak będę mógł najdalej odejdę od tej strugi, żeby się z taką familijką nie łączyć.
Człowiek sam nieraz nie wie, jak i co odpowiedzieć ma! Nie dalej jak wczora spotkałem Haraburdę i Szumca, dwóch prawdziwych bąków, którzy się pieczętują herbem „Bąk de Bąk”, choć, między nami mówiąc, pochodzić mają podobno z prostych trzmielów. Pytają mnie:
— Jestże to prawda, że pan jesteś rodem z tej strugi?
Oburzyłem się na to i rzekę:
— Ja? Z tej strugi? O, moi panowie! Nie tylko, że nie pochodzę z tej strugi, ale wprost cierpieć jej nie mogę od czasu, jakem się w niej urodził!
Tak im powiedziałem.
A tu powystawia głowy ta hałastra i nuż kwakać:
— Brat… brat… brat…
A na to drugie:
— Nasz… nasz… nasz…
A za nim trzecie:
— Żaba… żaba… żaba…
A czwarte jeszcze:
— Jak my… jak my… jak my…
Oszaleć doprawdy można! Z pierwszej sposobności skorzystam, żeby stąd jak najdalej się wynieść! Jak najdalej!…
Może sobie nawet w mieście kamienicę kupię! Pieniędzy mi starczy, com dostał od Krasnoludków za moją śliczną muzykę.
Szedł, rozmyślając o tym, kiedy go nagle doleci jęk cichy, błagalny.
Spojrzy Półpanek, a tu spod płota wstaje nędzny, stary, drobny człowieczyna, z obnażoną głową, z wychudzoną twarzą i wyciąga do niego ręce, o pomoc prosząc.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.