Doszczętniej zginę, skoro ją wypowiem.
EDYP
Człowiek ten szuka, jak widać, wykrętów.
SŁUGA
O nie, toć rzekłem, iż dałem je dawno.
EDYP
Skąd wziąłeś? z domu? czy dał ci je inny?
SŁUGA
Moim nie było, z innej wziąłem ręki.
EDYP
Któż był tym mężem, z jakiego on domu?
SŁUGA
Na boga, panie, nie pytaj mnie więcej!
EDYP
Zginąłeś, jeśli raz pytać nie dosyć.
SŁUGA
A więc — z Lajosa to było pomiotu.
EDYP
Czy z niewolnicy, czy też z krwi szlachetnej?
SŁUGA
Biada, ma mowa tuż u grozy kresu.
EDYP
I słuch mój również, lecz słuchać mi trzeba,
SŁUGA
Zwano go synem jego; lecz twa żona
Najlepiej powie, jak rzeczy się miały.
EDYP
Czy tedy ona oddała?
SŁUGA
Tak, panie.
EDYP
W jakimże celu?
SŁUGA
Bym zabił to dziecię.
EDYP
Wyrodna matka!
SŁUGA
Trwożyły ją wróżby.
EDYP
Jakie?
SŁUGA
Że dziecko to ojca zabije.
EDYP
Po cóż je tedy oddałeś tamtemu?
SŁUGA
Z litości, panie; myślałem, że weźmie
Dziecię do kraju, skąd przybył; i otóż
On je zratował na zgubę, bo jeśli
Tyś owym dzieckiem, to jesteś nędzarzem.
EDYP
Biada, już jawnym to, czegom pożądał,
O słońce, niech bym już cię nie oglądał!
Życie mam, skąd nie przystoi, i żyłem,
Z kim nie przystało — a swoich zabiłem.
STASIMON IV
CHÓR
O śmiertelnych pokolenia!
Życie wasze, to cień cienia.
Bo któryż człowiek więcej tu szczęścia zażyje
Nad to, co w sennych rojeniach uwije,
Aby potem z biegiem zdarzeń
Po snu chwili runąć z marzeń.
Los ten, co ciebie, Edypie, spotyka,
Jest mi jakby głosem żywym,
Bym żadnego śmiertelnika
Nie zwał już szczęśliwym.
Twe cięciwy miotły strzały
Gdzieś daleko za granice
Zwykłych szczęść i chwały.
Wróżą zmogłeś ty dziewicę,
Ostrzem zbrojną szponów.
Żeś nam stanął jako wieża
Obronna od zgonów,
Uczcił w tobie lud rycerza
I wywyższył cię ku niebom,
Byś królem był Tebom.
A dziś kogo większa moc
Klęsk i złego gnębi?
Któż w czarniejszą runął noc
Do nieszczęścia głębi?
Edypa głowo wysławiona,
Jednej starczyło przystanie
Na syna, ojca, kochanie
I jednego łona.
Jakoż cię mogły znosić do tej pory
W milczeniu ojca ugory?
Czas wszechwidny, ten odsłoni
Winy twojej brud,
Ślub nieślubny zemsta zgoni
Płodzących i płód.
O niechaj byś się Lajosa dziecię
Nigdy nie był zjawił,
Nie byłbym teraz rozpaczą, co miecie
Jęki, serc krwawił.
Tyżeś to kiedyś roztworzył me oczy
I dziś ty grążysz mnie w mroczy.
EXODOS
POSŁANIEC DOMOWY
O wy, którzyście starszyzną tej ziemi,
Jakież będziecie wnet słyszeć i widzieć
Klęski i jakiej doznacie boleści,
Jeżeli trwacie w miłości tych domów.
Myślę, iż Istru, ni Fasisu wody
Kałów nie zmyją, co kryją się w wnętrzu
Tego domostwa i wyjrzą na światło. —
Woli to dzieła. A najgorszą męką
Ta, którą człowiek własną ściągnie ręką.
CHÓR
To już, co wiemy, dość daje żałoby
I dosyć jęków. Cóż nadto przynosisz?
POSŁANIEC
By jednym słowem wyrzec i pouczyć,
Wiedzcie, że boska Jokasta nie żyje.
CHÓR
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Kazimierz Morawski.