lektury on-line

Kategorie

Lektury › Król Edyp - Sofokles › Strona 21

Król Edyp - Sofokles - Strona 21

CHÓR

Że pozwał bogów, nie mieć bez przyczyny
Hańbiącej w twarz jego winy!

EDYP

Wiedz ty, iż tego żądając ode mnie,
Żądasz mej śmierci i mego wygnania.

CHÓR

Klnę się na słońce, co niebios wiedzie rej,
Niech bym zginął marnym zgonem,
Jeśli kiedy w duszy mej
Myśl ta postała; w sercu ja zgnębionym
Drżę, iż do nieszczęść, co trapią tę ziemię,
Nowych klęsk przydacie brzemię.

EDYP

Niech więc on idzie, choćbym i ze szczętem
Miał zginąć, albo z hańbą być wygnanym.
Litość mą budzą twe słowa, nie jego.
Moja nienawiść wszędzie go doścignie.

KREON

Zżymasz się jeszcze, kiedy ustępujesz,
Zgnębionym jesteś, gdy gniew twój przycichnie,
Takie natury są sobie katuszą.

EDYP
Precz stąd nareszcie!
KREON

Uchodzę w tej chwili.
Niechby wbrew tobie tamci mnie uczcili.

CHÓR
Księżno, czemu ty zwlekasz, by go wprowadzić do domu?
JOKASTA
Niech bym poznała, co zaszło.
CHÓR
Ciemnych głos padł podejrzeń, które wgryzają się w serce.
JOKASTA
Czy z ust ich obu?
CHÓR
Obu.
JOKASTA
Cóż więc rzekli?
CHÓR

O, dość już cierpień! o, nie każ mi mową
Rany tej jątrzyć na nowo!

EDYP

Widzisz, gdzieś zaszedł ty z twoją mądrością,
Zdradzasz mą sprawę i tępisz mi serce.

CHÓR

Rzekłem już nieraz, o książę,
Że brakłoby mi rozumu i sądu,
Gdybym się zaparł miłości, co z tobą mnie wiąże —
Z tobą, coś nawę tej ziemi do lądu
Skierował pośród burz i mąk.
O nie puszczaj steru z rąk!

JOKASTA

Na bogów, powiedz i mnie wreszcie, królu,
Czemu tak wielkim zapłonąłeś gniewem.

EDYP

Rzeknę — bo więcej cię nad tamtych cenię,
Jakie to Kreon knuł na mnie zamysły.

JOKASTA
Mów, jeśli pewne masz winy poszlaki.
EDYP
On mnie nazywa Lajosa mordercą.
JOKASTA
Czy z własnej wiedzy, czyli też z posłuchu?
EDYP

Nasłał wróżbitę przewrotnego, który
Słów mu oszczędził i głowę osłonił.

JOKASTA

Ty więc nie bacząc wiele na te rzeczy,
Mnie raczej słuchaj i wiedz, iż śmiertelnych
Sztuka wróżenia nie ima się wcale.
Złożę ci na to stanowcze dowody.
Wiedz więc, że Lajos otrzymał był wróżby,
Nie od Apolla, lecz od jego służby,
Iż kiedyś śmierć go z rąk syna pokona,
Co zeń zrodzony — i z mojego łona.
A wszakże jego, jak wieść niesie, obce
Zabiły zbiry w troistym rozdrożu.
A to niemowlę, gdy trzeci dzień świtał,
Przebiwszy u nóg kosteczki, wysadził
On ręką obcą gdzieś w górskich ostępach.
I tak Apollo nie dopełnił tego,
By syn ten ojca powalił, ni groźby,
Że Lajos legnie pod syna zamachem.
A tak głosiły przecie przepowiednie.
Nie troszcz się o nie. Gdy tajemnej toni
Bóg chce co wydrzeć, on sam to odsłoni.

EDYP

Po twoich słowach, jakiż mną owładnął,
Żono, niepokój i ducha wzruszenie!

JOKASTA
Nowa więc troska znów ciebie się czepia?
EDYP

Słyszałem, tak mi się zdaje, że Lajos
Legł, gdzie potrójne rozchodzą się drogi?

JOKASTA
Tak wieść głosiła i dotąd się krzewi.
EDYP
A gdzie spełniono nieszczęsną tę zbrodnię?
JOKASTA

Focydą zwie się kraj ów, a dwie drogi
Z Delf i Daulidy zbiegają się w jedną.

EDYP
A jak to dawno od tego zdarzenia?
JOKASTA

Na krótko, nim ty władcą tej krainy
Zostałeś, wieść ta doszła do stolicy.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Kazimierz Morawski.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia