lektury on-line

Kategorie

Ludzie bezdomni - Stefan Żeromski - Strona 9

— Wybieramy się do Wersalu. Chciałybyśmy zobaczyć okolice, być po drodze w Sevres, w Saint-Cloud… Te wartogłowy pędziłyby z miejsca na miejsce dzień i noc, a ja formalnie upadam. Czy jeździłeś pan do Wersalu? Jak wygodniej? Koleją? Piszą tu o jakimś tramwaju pneumatycznym. Czy to co lepszego niż pociąg?
— W Wersalu byłem dwa razy tym właśnie tramwajem, który wydał mi się bardzo dogodny. Idzie wprawdzie wolno, pewnie dwa razy wolniej niż wagon kolejowy, ale za to daje możność obserwowania okolicy i Sekwany.
— A więc jedziemy tramwajem! — zawyrokowała panna Wanda.
— O której–że godzinie wychodzi stąd ten *czupirak*?
— Nie pamiętam, proszę pani, ale to tak łatwo się dowiedzieć. Stacja główna mieści się tuż obok Luwru. Jeżeli panie pozwolą…
— O! czyliż śmiałybyśmy pana trudzić…
— Ale dowie się pan, co to szkodzi, moja babciu. Pan tutejszy, paryżanin… — deklamowała panna Wanda odrobinę parodiując ton mowy Judyma.
Tomasz kłaniając się odszedł i zadowolony, jakby mu się przytrafiło coś niesłychanie pomyślnego, biegł pędem ku stacji tramwajowej na Quai du Louvre. W mgnieniu oka wyszukał konduktora, wbił sobie w głowę wszystkie godziny oraz minuty i wracał prostując się co chwila i poprawiając krawat… Kiedy zawiadamiał te panie o terminie odjazdu i udzielał im wskazówek, jak się kierować w Wersalu, panna Wanda wypaliła:
— A więc jedziemy do Wersalu. Bagatela! Do samego Wersalu… Jedziemy tramwajem jakimś tam — a pan z nami.
Zanim Judym zdołał zebrać myśli, dodała:
— Już babcia orzekła, że malgré tout i może pan jechać…
— Wanda! — z rozpaczą prawie zgrzytnęła pani Niewadzka rumieniąc się jak dziewczątko. Po chwili zwróciła się do Judyma i usiłowała wywołać przyjazny uśmiech na drżące jeszcze wargi:
— Widzi pan, co to za diabeł czubaty, choć już dopomina się o długą suknię…
— Czy istotnie pozwoliłyby panie towarzyszyć sobie do Wersalu?
— Nie śmiałabym prosić pana, bo to może przerwie zajęcia, ale byłoby nam bardzo przyjemnie.
— Bynajmniej… Byłbym wielce szczęśliwy… Tak dawno… — bąkał Judym.
— Panie, o dziesiątej! — rzekła do niego panna Wanda z palcem wzniesionym do góry i wykonywując oczami cały szereg plastycznych znaków porozumienia.
Doktor już lubił tę dziewczynę zupełnie jak dobrego koleżkę, z którym można paplać bez miary o wszystkich rzeczach i niektórych innych. Trzy osoby starsze od panny Wandy zachowywały niezgrabne milczenie. Judym czuł, że wtargnął do towarzystwa tych pań. Rozumiał swą niższość społeczną i to, że jest w tej samej chwili szewskim synem tudzież aspirantem do „towarzystwa”. Odróżniał w sobie te obydwie substancje i do krwi gryzł dolną wargę.
Po obejrzeniu medalionów Davida d'Angers, z których kilka wniosło do serc obecnych coś jak gdyby modlitwę, wycofano się z muzeum na dziedziniec, a stamtąd na ulicę.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia