lektury on-line

Kategorie

Ludzie bezdomni - Stefan Żeromski - Strona 67

— Kochany panie, wiem, skąd pochodzisz, i dlatego tu przyszedłem… — przerwał dyrektor głosem szorstkim i patrząc mu w oczy tak prosto, jakby w tym wzroku i brzmieniu mowy istotna prawda zamknięta była. — Lekarz, kochany panie, ma w herbie lancet. Zresztą, o czymże to mówimy! Czy znasz warunki utrzymania w Cisach?
— Nie znam.
— Otóż są takie: lokal, światło, opał, całkowite utrzymanie, usługa, konie itd. Pensji sześćset rubli rocznie. Prócz tego możesz czynić użytek z gabinetu i narzędzi do praktyki osobistej zimą, latem zaś urządzisz sobie ambulatorium w specjalnym budynku poza parkiem. Istnieje tam nadto mały szpitalik, także poza parkiem, w dominium pani Niewadzkiej. Bo nie wiem, czy wiesz, że egzystuje zakład Cisy i majątek tegoż nazwiska, własność pani Niewadzkiej.
— Pani Niewadzkiej? — zapytał Judym, oszołomiony mnóstwem tych wiadomości.
— Tak jest. Stara babina, bardzo uczynna, kochany panie, bardzo… Matrona…
— Czy ta pani nie podróżowała w roku zaprzeszłym, czy nie była we Francji?
— Była, a jakże, z wnuczkami.
— Z dwiema wnuczkami i nauczycielką?
— Tak, z panną Podborską. Skądże wiesz o tym, kochany panie?
— Ależ bo je spotkałem… Jeździłem z nimi do Wersalu.
Staremu dyrektorowi oczy się zaświeciły.
— Widzisz, kochany panie, to ładnie się składa. Nasza dziedziczka będzie zadowolona, gdy w nowym asystencie pozna towarzysza wycieczki. Co się tyczy lekarskiej strony Cisów, to ta przedstawia się jak następuje.
Tu doktor Węglichowski rozwinął przed Judymem historię tej instytucji: pierwsze lata istnienia, rozkwit, później prawie zupełny upadek, bliskość ruiny całego przedsięwzięcia, zmiany różnych zarządów, a wreszcie swój w całej sprawie współudział. Na odchodnym wydobył z bocznej kieszeni surduta sprawozdanie roczne na ozdobnym welinie, z widokami, mapą, tablicą i wręczył je Judymowi.
— To wszystko, co mogę powiedzieć na razie. Rozważ to, panie kochany, rozpatrz się. Kiedyż mógłbyś mi dać decyzję ostateczną?
— Dam ją, dam ją… jutro.
— Jutro o tej samej porze?
— Tak, ale to już ja zgłoszę się do szanownego kolegi.
— Proszę, proszę… W mieszkaniu Chmielnickiego. Więc o tej porze?
— O tej porze…
— Żegnam cię, kochany panie, i życzę: przynieś mi jutro zgodę.
Doktor Węglichowski wyciągnął rękę z życzliwym uśmiechem i przez chwilę zatrzymał w niej dłoń Judyma. Później prędko się oddalił.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia