lektury on-line

Kategorie

Ludzie bezdomni - Stefan Żeromski - Strona 52

— Ja? W stronę Krochmalnej… A kolega?
— Na Długą.
— No to idziemy w jednym kierunku.
— Niekoniecznie.
— Owszem. Dlaczego? Ja mogę zboczyć. Przyznam się zresztą koledze, że milej mi będzie iść razem. O tej godzinie… po prostu strach jest iść piechotą. W naszej okolicy niech Bóg zachowa!
— A, jeżeli tak.
Judym szedł wielkimi krokami. Grubas biegł przy nim, sapiąc i wydmuchując dym z cygara, którego niedopałek żarzył się w samych niemal jego wąsach.
Gdy już oddalili się znacznie od mieszkania doktorostwa Czerniszów, doktor Chmielnicki rzekł:
— Szczerze dziś współczułem koledze…
Judym miał inne wyobrażenie o tym współczuciu, zauważył był bowiem przypadkowo tłuściocha, jak prześcigał innych we wzgardliwym nadymaniu ust i w obfitości min ironicznych.
— Dlaczegóż to kolega miał mi współczuć?…
— Jak to dlaczego? Czy kolega może dziś czuć przesyt z nadmiaru krytyki życzliwej? U nas, niestety, tak zawsze. Jeżeli kto wyrasta nad głowy tłumu, zaraz go…
— Szanowny kolego, ja nie marzyłem o wyrastaniu nad jakiekolwiek głowy.
— Ja wiem, ja rozumiem! Mówię nie o zamiarze, lecz o fakcie…
— Żałuję teraz, że czytałem moją elukubrację…
— Ależ dlaczego?
— Dlatego, że ten wyskok sprowadził między innymi takie oto drwiny szanownego kolegi.
— Kolega się mylisz! Na honor… Mnie imponują ludzie odważni. A co znaczy być wyśmiewanym, być zadręczonym tym wiecznym śmiechem, jak chory indyk przez stado, to ja wiem najlepiej.
— Jak to?
— Proszę kolegi, od pierwszej klasy przez całe gimnazjum, przez cały uniwersytet, przez całe życie jestem śmieszny. Dlaczego? Ja nie wiem. Oczywiście przede wszystkim dlatego, że mam przyjemność być z Żydów, a po wtóre dlatego, że się nazywam Chmielnicki. Przodkowie moi, nawiasem mówiąc wcale nie lichwiarze ani nie oszuści, pochodzili z miasteczka Chmielnika, więc ich zwano Chmielnickimi. Gdyby byli wiedzieli, ile z racji tego nazwiska wycierpi ich potomek, wcale niegłupi doktor, byliby wybrali dla siebie i dla mnie nie tyle kozackie nazwisko. Mogliby się byli przecież nazwać Staszowskimi, Stopnickimi, Oleśnickimi, Kurozwęckimi, Pińczowskimi, Buskimi. Byłoby to im, a i mnie najzupełniej obojętne. Ze mnie drwili nawet profesorowie. Pamiętam, w Dorpacie nasz nieboszczyk prosektor pyta mię pewnego razu przy całym audytorium:
— Panie Chmielnicki, czy aby wierzysz w nieśmiertelność duszy?
Pytanie było żartobliwe, ale kategoryczne. Odpowiedziałem:
— Panie profesorze, tak jest, ja wierzę.
— A gdzież ona jest ta pańska dusza?
— Jak to gdzie? Jest w ciele człowieka.
— W całym ciele czy w jakiej części siedzi pańska dusza, panie Chmielnicki?
— W całym ciele siedzi, profesorze.
— A jeżeli człowiekowi urzynają nogę, cóż się dzieje z duszą? Czy urzynają również kawałek duszy?
Pomyślałem chwilę i mówię:
— Nie. Wtedy zapewne dusza podnosi się cokolwiek wyżej.
Ten dialog szeroko i daleko uczynił mię sławnym. Gdybym dziś dał światu nieomylny sposób leczenia gruźlicy, zawsze pamiętano by, że to ten „Czerkies” Chmielnicki, co ma nieśmiertelną duszę, która w miarę okoliczności podnosi się wyżej.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia