lektury on-line

Kategorie

Ludzie bezdomni - Stefan Żeromski - Strona 64

— Czego? — krzyknął doktor Tomasz.
— Nic, nic! Ja tu mam misję wyszukania asystenta dla mojego kolegi Węglichowskiego, który jest dyrektorem zakładu w Cisach. Jeśli wy nie chcecie, to trzeba będzie szukać kogoś innego. Na śmierć zapomniałem…
— No, to ja nie pojadę na prowincję.
— To nie jest jakaś ordynarna prowincja, jakieś Kurozwęki (choć to stamtąd niedaleko) ani tym podobny Łagów. Uchowaj Boże!
— Nie jadę do Kurozwęk ani nawet do Łagowa.
— Ach! Czy ja was biorę za kołnierz i ciągnę do Łagowa? Mówię tylko, relata refero. Niezwłocznie obraza! Rozumie się, że wy nie możecie tam jechać. Jak to? Być w Paryżu u Lucasa Championiera i potem jechać do Cisów. To przecie *nonzens*.
— Spodziewam się, że to nie tylko „nonzens”, ale nadto nonsens.
— Bez wątpienia. No, ale nie idzie za tym, żebyśmy nie mieli deliberować nad kwestią obsadzenia asystentury u tego kochanego „Węglicha”.
— Co to znaczy słowo „Węglich”?
— Węglichowski jest moim kolegą z Dorpatu. Mieszkaliśmy razem. Tęgi lekarz… mógłby z niego być, gdyby nie to, że ten człowiek zawsze wszystko brał lekko. Nie lubi czytać — ot, co jest. A od chwili znanego przewrotu w medycynie warszawskiej, kto nie czyta, kto nie pozuje na uczonego, ten musi szukać jakichś Cisów. Znasz kolega Cisy?
— Nie znam. Słyszałem o tym coś… To w Kieleckiem, zdaje się…
— Aj, „zdaje się”… Jak można takich rzeczy… „Cudze rzeczy znać dobrze, a swoje potrzeba!”
— Kolega mi aplikuje niniejszą sentencję w sensie admonicji czy tylko jako wzór krajowego przysłowia?
— Doskonale, paradnie! Ale wracając do „Węglicha”…
— Ach, z tym „Węglichem”…
— Ależ posłuchajcie! Wy tam młodsi znacie się między sobą, łatwiej możecie wskazać odpowiedniego człowieka. Miejsce wcale niezłe. Dają tam sześćset rubli…
— Fiu-fiu…
— Pyszny lokal i całkowite utrzymanie.
— A cóż trzeba robić?
— Zwyczajne rzeczy. Głupstwa. Latem zjeżdża się dosyć chorych, więc pospołu z innymi lekarzami trzeba się nimi zająć. Kąpiele, uważacie, wanny, natryski — o, takie rzeczy. Figle w gruncie rzeczy, a w okolicy praktyka jak sto tysięcy diabłów. To nie jest byle co. Może kto z waszych znajomych skusi się na te Cisy.
Judym zamyślił się, kazał sobie podać jeszcze jedną filiżankę kawy, wypił ją duszkiem, odstawił i rzekł do Chmielnickiego:
— No, dobrze, ja mogę jechać na to miejsce.
— A co? Nie powiedziałem? Pyszna myśl!
— Gdzież jest ten doktor Węglichowski?
— Jest właśnie w Warszawie i jutro zgłosi się do was.
— No, to już może ja do niego?
— A dlaczego? Przyjdzie do was. O której godzinie?
— Między piątą a siódmą.
— Tam u was, na Długiej ?
— Na Długiej.
— Dobra!
Doktor Chmielnicki zapisał sobie coś w notesiku patrząc do jego wnętrza lewym okiem jak przez lupę, złożył gazetę na sąsiednim stoliku, gdzie właśnie jakaś „piękna Iza” szczerzyła zęby do wymokłego lowelasa, i podał Judymowi prawicę.
— A więc do jutra! Świetna myśl…
— Zobaczymy… — mruknął doktor Tomasz zwieszając głowę.
Gdy doktor Chmielnicki zniknął, pogrążył się w rozmyślaniach:
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia