lektury on-line

Kategorie

Ludzie bezdomni - Stefan Żeromski - Strona 185

— …Pod wpływem forsownego wysiłku ulega na czas pewien wyczerpaniu… Może byłoby dobrze, gdyby się pani przemogła i jakie dwa, a nawet trzy razy w tygodniu bez zmęczenia, rzecz prosta, jeździła na tej siwce.
— Tak pan myśli?
— Naprawdę. Pani musi prześlicznie wyglądać na koniu…
Powiedział to zdanie bez chwili namysłu i faktycznie bez wiadomości, jaki sens mają te słowa.
— A to dopiero terapia! — rzekła panna Joanna nie patrząc na niego. Złoty uśmieszek, najpiękniejszy z uśmiechów, otoczył jej twarz jakby blaskiem słonecznym. Brwi i wargi drgnęły wesoło. Judym przez chwilę daremnie czekał, że usta powiedzą wyraz skrzydlaty, który chował się w tym prześlicznym uśmiechu. Nikły rumieniec jak zorza płynął po jej policzkach.
— Proszę pana — mówiła rumieniąc się coraz bardziej — pan jeździł czasami tramwajem na Chłodną czy na Waliców?
— Jeździłem… Rozumie się… A dlaczego się pani pyta?
— Tak się tylko pytam. Kilka razy widziałam pana jadącego w tamtą stronę. Był pan wówczas troszkę inny, nie taki jak teraz. Może zresztą w cylindrze tak się pan wydawał. To było ze trzy lata temu, a może nawet więcej.
— Dlaczego pani zwróciła wtedy na mnie uwagę?
— Nie wiem, dlaczego.
— Za to ja wiem dobrze.
— Czyż tak?
— Wiem na pewno.
— Niechże pan powie, dlaczego.
— Dlatego, że…
Judym pobladł. Uczuł, jak skóra cierpnie mu na głowie i jak zimny dreszcz falą spływa przez całe ciało.
— Nie — mówił — nie powiem teraz. Kiedy indziej…
Panna Joanna zwróciła na niego oczy, przyjrzała mu się szczerym, rzetelnym spojrzeniem i zamilkła. Szli długo.
Na kresach łąki, po urwisku płaskowzgórza rozrzucone były chaty wsi, do której Judym zdążał. Droga, wąska w nizinie, zmieniała się w szeroki wygon poryty mnóstwem kolein i wygrodzony żerdzianym płotem. Panna Joanna szła tą dużą drogą kilkadziesiąt kroków. Z nagła stanęła i mówiła:
— Pan idzie do wsi?
— Tak, do chorych.
— Ja tam już nie pójdę.
— Dlaczego?
— Nie, nie pójdę.
— Już pani wróci do domu? — pytał z żalem w głosie i oczach.
— Tak, już trzeba wracać. Zresztą… Długo pan tam zabawi?
— Nie bardzo, z jakie pół godziny.
— A tak… Ja tu poczekam. Albo lepiej…
— Panno Joanno…
— Albo lepiej tam, na kraju tego wzgórza.
— Ach, to dobrze, to śliczna, śliczna myśl!
Poszedł szybko tą drogą. Byłby biegł pędem, byłby zresztą całkiem, do licha, zaniedbał chorych. Wstrzymywał go tylko przesąd, że ona tam czeka. Gdyby nie spełnił… Ta pewność sprawiała mu rozkosz bezbrzeżną. Czuł, że jest to już zbliżenie, coś jakby schadzka, jakby umówiony czas radości wspólnej, a zarazem przesądnie cieszył się, że szczęście samo przyszło, że go nie wołał ani wypraszał.
Chciał załatwić się z chorymi co tchu, ale jak na złość przed każdą chatą, do której wchodził, zgromadzały się baby z dziećmi, chłopi z okaleczonymi palcami… Musiał ich badać i opatrywać. Był już prawie zmierzch, gdy wreszcie wybiegł ze wsi i rozpalonym wzrokiem szukał panny Joanny. Były chwile, że tracił władzę nad sobą.
— Odeszła… — szeptał połykając łzy jak dziecko.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia