lektury on-line

Kategorie

Cierpienia młodego Wertera - Johann Wolfgang von Goethe - Strona 63

W południe udałem się nad wodę. Nie miałem ochoty na obiad. Wokoło mnie była pustka, zimny, wilgotny wiatr dął od strony gór, a gęsta mgła zalała dolinę. Z dala ujrzałem człowieka w zielonym, zniszczonym kaftanie, wałęsającego się pomiędzy skałami, jak gdyby szukał ziół. Na odgłos mych kroków obrócił się i spostrzegłem, że twarz jego jest interesująca. Główną cechą jej wyrazu był głęboki, cichy smutek, poza tym wyglądała rozsądnie i miała nawet w sobie coś pociągającego. Czarne włosy, upięte były szpilkami w dwa wałki po bokach głowy, a reszta spleciona w długi warkocz, spadała na plecy. Z odzieży wyglądał na człowieka pospolitego, osądziłem też, że nie pogniewa się, jeśli go zaczepię i spytałem, czego szuka? — Szukam kwiatów! — odparł z głębokim westchnieniem. — Ale nie mogę znaleźć! — Nie pora teraz na kwiaty! — zauważyłem z uśmiechem. — Tyle jest wszędzie kwiatów! — powiedział, zbliżając się do mnie. — W ogrodzie moim są róże i nagietki i to w dwu odmianach. Jedne dostałem od ojca, pełno ich wszędzie, jak chwastów. Ale od dwu już dni szukam i znaleźć ich nie mogę! Wiem, że w domu zawsze są kwiaty, żółte, niebieskie i czerwone, a kwiat centurii jest też bardzo powabny… tylko nie mogę jakoś znaleźć żadnego! — Zauważyłem, że nie ma zdrowego rozumu, przeto spytałem wymijająco, na co mu te kwiaty potrzebne. Na twarzy jego zjawił się dziwny, bolesny uśmiech. — Jeśli mnie pan nie zdradzi, — rzekł, kładąc palec na ustach — to powiem. Obiecałem bukiet mojej dziewczynie! — Bardzo to pięknie! — odparłem. — Ona ma mnóstwo innych rzeczy, — powiedział — jest bardzo bogata! — A jednak zadowolona jest z pańskiego bukietu! — odrzekłem. — Ona — ciągnął dalej — posiada mnóstwo klejnotów i koronę! — Jakże się zowie? — spytałem. — Gdyby mi Stany Generalne wypłaciły mą należytość, — odrzekł — stałbym się innym człowiekiem! O, jakżem był szczęśliwy dawniej! Ale teraz przyszedł na mnie kres! Teraz jestem… — Nie dokończył i spojrzał załzawionym okiem w niebo. — Byłeś pan tedy szczęśliwym? — spytałem. — O, tak, — odparł — pragnę, by ten czas powrócił! Wówczas czułem się wesołym, lekkim, jak rybka w wodzie! — Henryku! — zawołała stara kobieta, idąca drogą. — Gdzie żeś się podział? Szukaliśmy cię wszędzie! Chodź na obiad! — Czy to wasz syn? — spytałem, zbliżając się do niej. — Tak, to mój nieszczęśliwy syn! — odrzekła. — Bóg włożył ciężki krzyż na moje barki. — Kiedyż mu się to przydarzyło? — ciągnąłem dalej. — Od dosyć dawna, — odparła — teraz dzięki Bogu jest spokojny, ale przez cały rok szalał i musiano go okutego trzymać w szpitalu. Teraz jest nieszkodliwy, tylko ciągle przestaje z królami i cesarzami. Był dobrym, cichym chłopcem, pracował i pomagał mi, miał bardzo ładny charakter pisma, aż nagle popadł w zadumę, dostał gorączki, potem ataku szału i w końcu stał się takim, jakiego pan ma przed sobą. O, gdybym panu wszystko opowiedziała… Powstrzymałem potok jej wymowy pytaniem, co to był za czas, o którym wspomina, jako o szczęśliwym i wesołym okresie swego życia. — Biedny chłopak, — odparła z uśmiechem politowania, — wysławia zawsze czas, kiedy nie wiedział, co się z nim dzieje, czas swego pobytu w szpitalu obłąkanych! — Słowa te padły na mnie, jak grom, wetknąłem kobiecie pieniądz w rękę i odszedłem pospiesznie.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Mirandola.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia