lektury on-line

Kategorie

Cierpienia młodego Wertera - Johann Wolfgang von Goethe - Strona 48

Hrabia C… lubi mnie i wyróżnia, wiesz to dobrze, bom ci donosił o tym sto razy. Znalazłem się u niego wczoraj na obiedzie, a był, to właśnie dzień, w którym schodzą się doń wieczorem wszyscy utytułowani panowie i dystyngowane damy. Nie myślałem o nich wcale i nie przyszło mi na myśl, że dla podwładnego urzędnika nie ma miejsca w ich towarzystwie. Krótko mówiąc, byłem na obiedzie, a po jedzeniu udaliśmy się do salonu recepcyjnego. Chodziłem tam i z powrotem, rozmawiałem z hrabią, potem z pułkownikiem B…, który się zjawił, niepostrzeżenie nadeszła godzina przyjęcia. Dalibóg, nie zauważyłem tego. Nagle weszła najdostojniejsza pani S… z arcywielmożnym małżonkiem i należycie wylęgniętą gąską, córunią swą o zapadłych piersiach i uroczym odwłoku. Przeszły mimo i podniosły dumnie do góry swe wysoko urodzone oczy i dziurki w nosie. Mając serdeczny wstręt do tej bandy, chciałem się pożegnać i czekałem tylko, by hrabia uwolnił się na moment od tych plotkarzy obmierzłych, gdy zjawiła się moja panna B… Ponieważ na jej widok trochę ciepło mi się robi w sercu, pozostałem i stanąłem za jej krzesłem. Po chwili dopiero zauważyłem, że rozmawia ze mną z mniejszą, jak zazwyczaj szczerością, a nawet z pewnym zakłopotaniem. Uderzyło mnie to. Pomyślałem, że niczym się nie różni od reszty zebranych, uczułem się dotkniętym i chciałem odejść. A jednak zostałem, gdyż zapragnąłem nabrać o niej innego wyobrażenia, nie dowierzałem własnemu sądowi, chciałem posłyszeć bodaj jedno ciepłe słówko…, chciałem po prostu… myśl sobie zresztą co chcesz! Tymczasem salon się zapełnił. Przybył baron F…, w garderobie z czasów koronacji Franciszka I, radca dworu R…, zwany tu po prostu panem R… wraz ze swą przygłuchą żoną…, dalej zmiętoszony zawsze I…, którego strój starofrankoński dopełniany był nowożytną tandetą…, słowem, znalazło się całe stado. Rozmawiałem z kilku znajomymi, ale wszyscy byli bardzo małomówni. Dziwiłem się, lecz myślałem tylko o mojej pannie B… Nie spostrzegłem, że damy w drugim końcu salonu szepcą sobie coś, że szept ten ogarniać zaczyna również mężczyzn, że pani S… coś powiedziała gospodarzowi domu (wszystko to opowiedziała mi potem panna B…), aż na koniec zbliżył się hrabia C… i pociągnął mnie ku oknu. — Zna pan — powiedział — tutejsze poglądy na różnice stanu? Towarzystwo, jak widzę, nierade jest obecności pańskiej! — O, przepraszam bardzo, ekscelencjo! — odparłem — nie chciałbym za nic…, proszę o łaskawe przebaczenie… winienem był o tym wcześniej pomyśleć… proszę, racz mi pan, panie hrabio darować tę niekonsekwencję… Chciałem już nawet iść, ale zatrzymał mnie mój zły geniusz! — dodałem z uśmiechem, składając ukłon. Hrabia uścisnął mi dłoń z uczuciem, które wyrażało wszystko. Wysunąłem się cicho z salonu, wyszedłem na ulicę, siadłem do kabrioletu i pojechałem do M…, by tam z pagórka zobaczyć zachód słońca, a potem odczytać w Homerze wspaniałą pieśń o gościnie Ulissesa u zacnego świniopasa. To było wyśmienite.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Mirandola.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia