W Fabianowej zagrodzie trwa wesele Elżusi i Franusia. Najpierw gromadzą się goście z Bohatyrowicz, zza Niemna i z sąsiednich okolic. Przychodzą rodziny i sąsiedzi: Zaniewscy, Obuchowicze, Osipowicze, Łozowiccy, Staniewscy, Maciejewscy, Strzałkowscy, Koroza, Giecołdowie, Domuntowie i wielu innych. Widać staranne odświętne ubrania, ale bez jednolitej mody. Narracja podkreśla żywotność, siłę i swobodę tego ludu, a jednocześnie różnicę między młodymi i starszymi.
W domu czekają już państwo młodzi i asysta, ale wszyscy oczekują na pierwszego drużbanta, Kazimierza Jaśmonta. Gdy przyjeżdża, przywozi muzykę i wygłasza długą orację do panny młodej. Chwali wianek z mirtu, mówi o końcu panieństwa i potrzebie małżeństwa, składa życzenia młodej parze. Justyna, mająca być pierwszą drużką, daje mu w podzięce haftowaną chustkę. Następuje wzruszenie, potem przemowa Fabiana, który błogosławi córkę i zięcia, radząc im zgodę, pracowitość i wzajemną pomoc. Wszyscy płaczą, całują się i składają życzenia. Następnie orszak rusza do tańców, a pierwsze miejsce wśród weselników zajmuje właśnie Kazimierz Jaśmont, porządkujący całą zabawę.
W gumnie rozpoczynają się tańce. Grają Zaniewscy. Wśród pierwszych par są m.in. Elżusia z Franusiem, Witold z Antolką Jaśmontówną, Jan Bohatyrowicz z Marylką Zaniewszanką, Michał Bohatyrowicz z Albertą Starzyńską. Kazimierz tańczy z wielką zręcznością, a w czasie krakowiaka okazuje się również dobrym śpiewakiem. Jan Bohatyrowicz początkowo jest markotny i nie tańczy; siedzi przy muzykantach, bo myślami jest przy Justynie. Z rozmów gości wynika, że niektórzy podejrzewają jego związki z Jadwigą Domuntówną, ale sam Jan wyjaśnia później, że między nim a Jadwigą nic nie było, a ona tylko uporczywie go kochała.
Podczas zabawy Justyna i Jan odsuwają się od tańczącego tłumu. Ona, oparta o ścianę zboża między zasiekami, zaczyna rozumieć własne uczucia: wspomnienie Mogiły, rozmów z Witoldem i widok pracującego ludu składają się w jedno doświadczenie. Jan podchodzi do niej i wyznaje, że od dawna chodzi „ni to żywy, ni to umarły”, przeżywając wielkie wahania. Prosi o gałązkę jarzębiny, którą Justyna przypina mu do siermiężki. Chwilę później na wesele przyjeżdża Domuntówna — najpierw w świątecznym przebraniu, ale wciąż zła i niespokojna. Widząc Justynę z Jankiem, rzuca w ich stronę kamień. Tłum oburza się, część gości wyśmiewa dziewczynę, inni stają w jej obronie. Jan bierze winę na siebie i tłumaczy, że był to tylko grubawa zabawa, nie zła wola. Dzięki temu spór nie przeradza się w bójkę.
Domuntówna odprowadza potem dziadunia do domu, a weselnicy zaczynają myśleć o dalszej zabawie. Julek zaprasza wszystkich „na Niemen”. Część gości rzeczywiście odpływa łodziami i czółnami; w księżycowej scenerii rozlega się śpiew. Na brzegu, pod lipami, siedzą Anzelm i Marta, których wspólne wspomnienia o dawnym Korczynie i dawnych znajomościach budzą wzruszenie. Słychać pieśni płynące z rzeki, a rozmowa dwojga starszych ludzi zamienia się w ciche wspominanie młodości. Jednocześnie między Justyną i Janem, w blasku księżyca, dochodzi do wyznania miłości i wzajemnej zgody. Po pytaniu „czy moja ty?” Justyna odpowiada: „Na zawsze!”
Nazajutrz do Korczyna zjeżdżają goście. Najpierw przybywa Zygmunt Korczyński, który namawia Benedykta, by przekonał panią Andrzejową do oddania lub sprzedaży Osowiec i wyjazdu za granicę. Potem zjawia się Kirło, a wraz z nim Kirłowa z dziećmi oraz Justyna, którą gospodyni i goście zauważają od razu po jej rozpromienionej twarzy. Kirłowa przyjeżdża jako posłanka od Teofila Różyca: prosi o rękę Justyny. Wyjaśnia, że Różyc jest bogaty, dobrze usposobiony, ale też uzależniony od morfiny. Mimo tego pani Emilia i Teresa zachwycają się jego „wspaniałością”, a Kirło podkreśla jego majątek i pozycję. Justyna spokojnie odrzuca oświadczyny, mówiąc, że od wczoraj jest zaręczona z Janem Bohatyrowiczem, właścicielem ziemi w bohatyrowickiej okolicy. Oświadcza, że kocha Jana i wierzy w to, że sama jest kochana. Wyjaśnia też, że nie chce przyjąć miłości z litości, namowy czy „cudu”, lecz woli związek oparty na pracy i wzajemnym uczuciu.
Benedykt początkowo dziwi się, ale zaczyna rozumieć wybór siostrzenicy. Wkrótce pojawia się Witold, który serdecznie gratuluje Justynie i mówi, że będzie jej bratem i pomocnikiem. Kirłowa przyjmuje wybór dziewczyny z rozrzewnieniem, a nawet deklaruje, że po zamieszkaniu Justyny u Bohatyrowiczów odda jej córkę Rózię jako pomocnicę. Następnie Benedykt prosi Martę, by przyszła do gabinetu, a sam idzie z Justyną do Anzelma i Jana. Po drodze przechodzą przez spłowiałe pola i docierają do zagrody. Jan, widząc ich razem, domyśla się wszystkiego, a Benedykt pyta Anzelma, czy to syn Jerzego. Stary Bohatyrowicz odpowiada, że to ten sam, który z bratem Benedykta spoczywa w jednej mogile. W ten sposób kończy się długi spór i zaczyna zbliżenie między Korczynem a Bohatyrowiczami.
W osobnej rozmowie Benedykt jeszcze bardziej łagodnieje. Z Marty dowiaduje się o życiu Bohatyrowiczów i o Janie. Marta prosi, by mogła zamieszkać z Justyną i Janem po ich ślubie, bo czuje się potrzebna i chce pracować. Benedykt przyjmuje jej prośbę z wdzięcznością i wzruszeniem. Wtedy także zgadza się na związek Justyny z Janem. W końcowej scenie Benedykt i Justyna przychodzą do Anzelmowej zagrody, a Jan z radością wita Benedykta. Ojciec i syn Janowi Bohatyrowiczowi podają ręce, a Benedykt rozpoznaje w nim potomka ludzi związanych z jego własną rodziną. To domyka całość wydarzeń: po weselu i po rozmowach o majątku, pracy i krzywdach następuje pojednanie, zgoda oraz zapowiedź wspólnej przyszłości Justyny i Jana.