W drodze do Raszkowa Azja w końcu przestał się kryć i zaczął z Basią rozmowę, która szybko przerodziła się w brutalne wyznanie. Tłumaczył, że chce zerwać z dotychczasową służbą i zostać samodzielnym wodzem tatarskim, a następnie nagle rzucił się na Basię. Porwał ją z siodła, przycisnął do siebie i próbował pocałować. Basia zrozumiała, że padła ofiarą zdrady, i w chwili skrajnego zagrożenia nie myślała najpierw o ucieczce, lecz o zemście. Zdołała znaleźć przy Azji pistolet, a potem uderzyła go kościaną głownią między oczy. Azja runął na ziemię, a Basia natychmiast dosiadła swojego dzianeta i uciekła w przeciwną stronę, ku stepom.
Ucieczka była bardzo ciężka. Basia pędziła przez mgłę, skały i jary, obawiając się zarówno pościgu Lipków, jak i dzikiej pustyni. W końcu zdecydowała, że musi wracać do Chreptiowa. Najpierw kierowała się stepem, omijając rzekę, bo bała się oddziałów Azji. Po drodze znalazła przy jego bachmacie muszkiet, proch i siemię konopne, które zachowała jako jedyny zapas jedzenia. Gdy zaczęły ją ogarniać zmęczenie i sen, usłyszała za sobą rżenie końskie. Okazało się, że to bachmat Azji biegnie za nią bez jeźdźca. Basia schwytała go, uznając to za opiekę boską, bo miała teraz dwa konie i większą szansę ucieczki.
W czasie dalszej drogi Basia czuła coraz większy strach, ale też coraz większą samotność. Mijała pustkowia, zasypiała w siodle, budziła się i modliła. W pewnej chwili zatrzymała się na popas, jednak bachmat został na stepie; kiedy wróciła po niego, usłyszała tylko wycie wilków i zrozumiała, że koń został rozszarpany. Została więc wyłącznie z jednym koniem, dzianetem. Później, w nocy, spotkała ludzi niosących chrust — starego, groźnego chłopa i obłąkanego wyrostka. Chłop od razu poczuł, że Basia jest sama i bezbronna. Próbował ją zwabić, udając głos przepiórki, a potem chciał wykorzystać jej sytuację. Basia wycelowała w niego krócicę, zmusiła do milczenia i odjechała, przekonana, że na tych pustyniach ludzie są gorsi od zwierząt.
Po długiej, wyczerpującej jeździe Basia straciła z koniem łączność i musiała dalej iść prawie sama. W końcu dzianet ugrzązł w zamarzniętej rzece i utonął, a ona ocalała tylko dlatego, że zdołała wydostać się po jego karku na lód. Bez konia usiadła na brzegu i płakała z bezsilności. Mimo to nie poddała się. Poszła dalej pieszo, wciąż licząc, że zdoła dotrzeć do Chreptiowa. W nocy zaczęła widzieć w ciemności upiory, brukołaki i różne straszliwe zjawy, ale trzymała się modlitwy. Gdy świtało, ujrzała wreszcie światło z chreptiowskiej fortalicji i usłyszała żurawie studzienne. Zbierała ostatnie siły, żeby dojść do bramy. Wreszcie padła na progu domu i zdołała powiedzieć tylko: „Michale!… Azja zdradził… mnie chciał porwać… alem uciekła i… ratuj!” Po tych słowach zemdlała w ramionach Wołodyjowskiego.
Wieść o jej przybyciu obiegła Chreptiów. Mały rycerz, Zagłoba, oficerowie i żołnierze z przerażeniem dowiedzieli się, że Basia wróciła w stanie ciężkim. Początkowo sądzono, że umrze, bo stale mdlała i przez długi czas nie poznawała nawet męża. Pan Zagłoba zebrał wszystkich w świetlicy, opowiedział o jej ucieczce i o tym, że szła sama bez jadła i snu. Dragoni i pocztowi byli tak rozjątrzeni, że chcieli natychmiast ruszyć na Azję. Pan Zagłoba postanowił wezwać medyka z Kamieńca, a potem także księdza. Wołodyjowski siedział przy łożu Basi półprzytomny z rozpaczy. Wreszcie Basia odzyskała na chwilę świadomość i dowiedziała się, że naprawdę jest w Chreptiowie. Z czasem przytomniała bardziej, a medyk, przywieziony przez Luśnię, orzekł, że „Będzie długo chorować, ale ozdrowieje”. Ta wiadomość przyniosła wszystkim ogromną ulgę.
Basia chorowała jeszcze długo, ale z każdym dniem wracała do sił. Wołodyjowski prawie nie odchodził od jej łóżka i coraz silniej ją kochał. Basia odzyskiwała humor i była dumna, że sama wyrwała się Azji. W Chreptiowie wszyscy rozmawiali też o skutkach zdrady w Raszkowie. Przyszły wieści, że Mohilów ocalał dzięki panu Gorzeńskiemu, Jampol także nie padł, lecz Raszków został spalony i zniszczony. Wśród wiadomości najboleśniejsza była ta, że stary pan Nowowiejski stracił ojca, siostrę i narzeczoną. Wkrótce przybył sam Nowowiejski do Chreptiowa. Był wychudzony, zżółkły i złamany cierpieniem, ale natychmiast zgodził się prowadzić wyprawę przeciw Lipkom. Wołodyjowski dał mu stu dragonów, a wachmistrz Zydor Luśnia sam poprosił, by iść z nim.
Nowowiejski udał się z oddziałem na Mohilów, Jampol i dalej ku Raszkowowi, gdzie resztki załogi i mieszkańcy żyli w pustce po zniszczonym mieście. Jego celem było zaczaić się na Lipków i zaskoczyć ich przed ordą. Na Dniestrze przeszedł z ludźmi na turecką stronę, w samą granicę państwa sułtańskiego, i ruszył dalej jako zagończyk. Po drodze zdobywał stada, wstrzymywał się przed wielkimi osadami, a ludziom i pasterzom nakazywał milczenie. W końcu rozbił obóz w dereniowym gaju nad Prutem, ukrył tam dragonów i czekał na Lipków. Gdy nadciągnęła przednia straż Azji, udająca zwykłych pasterzy i koniuchów, Nowowiejski kazał uderzyć. Napad był błyskawiczny: koniuchów wybito, kilku wzięto żywcem, a z ich ust dowiedziano się, że Lipkowie i Czeremisi idą z Azją Tuhaj-bejowiczem w przedniej straży wielkiej tureckiej armii.
Najważniejszą wiadomością było to, że wśród Lipków są także kobiety i że w obozie Azji przebywają jego siostra oraz Zosia Boska. Dla Nowowiejskiego było to potwierdzenie najgorszej prawdy. Ruszył więc dalej z jeszcze większą zawziętością. Gdy nadciągnęła burza, cała wyprawa wykorzystała zamieszanie: w ulewie, wśród błyskawic, dragoni runęli na obóz Lipków. Napad był całkowitym zaskoczeniem. Lipkowie, rozproszeni i śpiący albo zajęci stadami, nie zdążyli się obronić. Rozpoczęła się rzeź. Trzystu ludzi Nowowiejskiego rozproszyło blisko dwa tysiące wybornej jazdy. Azja został obezwładniony i wzięty żywcem, a potem ruszono z nim z powrotem ku granicy Rzeczypospolitej.
W drodze do Raszkowa Azję trzymano przywiązane na końskim grzbiecie, a potem, po przybyciu, przygotowano dla niego straszliwą karę. Nowowiejski i Luśnia domagali się zemsty. Azja leżał skrępowany, z twarzą i ciałem przygotowanymi do męki; miał być „nawlekany” na pal. Zanim jednak rozpoczęto kaźń, stanął nad nim Nowowiejski i oznajmił, że za zdradę i okrucieństwa zginie w męce. Wtedy dopiero Tuhaj-bejowicz zrozumiał, że wszystkie jego zbrodnie nie dały mu nic poza hańbą i śmiercią. W tym samym czasie przyszły też wieści o Zosi Boskiej i Ewie: obie zostały sprzedane do Stambułu, a Zosia później trafiła do haremowego życia, odcięta od rodzinnych stron.
Wtedy też rozwinęła się wielka wojna. Na błoniach pod Adrianopolem zebrała się ogromna armia sułtańska, a wśród jej przedniej straży szli Lipkowie i Czeremisi z Azją. Sam Azja, choć wyniesiony jako wodz Lipków, cierpiał z powodu swej zeszpeconej twarzy i tego, że Tatarzy byli lekceważeni przez Turków. Najbardziej jednak dręczyła go pamięć Basi. Zosia, uwięziona w jego namiocie, żyła w poniewierce i strachu, pracując przy koniach, wodzie i ognisku. W końcu, gdy wóz Kasseki ugrzązł w błocie, sułtan zarządził wypuszczenie kobiet z obozu. Zosię sprzedano do Stambułu. Tam dostała lepszego pana i w końcu została jego żoną, ale nigdy nie wróciła do kraju.
W Chreptiowie natomiast dalsze rozkazy hetmańskie zmniejszały załogę, ale jednocześnie przygotowywały obronę. Wołodyjowski miał wreszcie pójść do Kamieńca, a hetman Sobieski nakazywał mu tam służyć. Mały rycerz czuł żal, bo chciał zostać przy Basi, lecz podporządkował się rozkazowi. Zagłoba namawiał go, by z Basią nie wyruszał do twierdzy, tylko skłonił hetmana, by pozwolił mu działać w polu. Wołodyjowski wreszcie uznał, że tak trzeba będzie zrobić. Wysłał do Sobieskiego list z prośbą, by mógł zostać przy nim, a nie w Kamieńcu, i jednocześnie postanowił organizować z dawnych zbójów piechotę dla obrony stanicy. Hetman odpowiedział, że trzeba go właśnie do Kamieńca. Wtedy Wołodyjowski zrozumiał, że nie uniknie służby w twierdzy. Razem z Zagłobą przyjął tę decyzję, choć z niepokojem myśleli o Basi i o przyszłym oblężeniu.
W ostatnich wydarzeniach tego fragmentu najważniejsze było to, że Nowowiejski, dowodząc małym oddziałem dragonów, przeszedł z ludźmi na stronę turecką i w lasach nad Prutem urządził zasadzkę. Kiedy Lipkowie z Azją obozowali spokojnie przy stadach, dragoni wypadli z dereniowych zarośli w samym momencie burzy. Uderzenie było bezlitosne. Lipkowie zostali wybici, Azję schwytano, a potem, po powrocie do Raszkowa, rozpoczęto nad nim straszliwą zemstę. Ten końcowy obraz zamyka stronę pełną ucieczki Basi, rozpaczy w Chreptiowie, przygotowań wojennych i odwetu na zdrajcy.