Pan Zagłoba nadal próbował kierować losem Krzysi i Basi, choć coraz wyraźniej widział, że jego intrygi mogą przynieść kłopoty. W Wielkim Tygodniu całe towarzystwo przeniosło się do Warszawy. Ketling, który od dawna okazywał Krzysi wielką troskę, coraz częściej był z nią sam na sam i w końcu, w kościele na zamku królewskim, wyznał jej miłość. Krzysia bardzo się wzruszyła, lecz w chwili wyznania nie zgodziła się na jego prośbę. Powiedziała mu wyraźnie: „Miłuję cię z całej duszy, ale nigdy nie będę twoją!”. Po tym wybuchu rozstali się, a Zagłoba, który spał przy odźwiernym, nie rozumiał jeszcze, co zaszło.
Wkrótce nadeszła wiadomość od Wołodyjowskiego. List, czytany przez Zagłobę, mówił o jego powrocie, o wojennych sprawach i o gronostajach dla Krzysi. Dla Krzysi był to cios: zrozumiała, że musi porzucić Ketlinga i wyjść za Wołodyjowskiego, choć sercem była już przy Szkocie. Noc spędziła w rozterce i modlitwie, a Basi wyznała tylko, że ma lęk o pana Michała. Następnego dnia postanowiła rozmówić się z Ketlingiem i poprosiła go, by zachował tajemnicę. Ketling przyjął to z bólem, ale przysiągł milczenie i błogosławił jej rękami na skroniach.
W gospodzie zjawił się wtedy ksiądz podkanclerzy Olszowski. Rozmawiał z Zagłobą o elekcji i o kandydacie, którego należałoby poprzeć. Przebiegle naprowadzał szlachcica na myśl o księciu Michale Wiśniowieckim, a Zagłoba, lubiący czuć się ważny, przyjął tę kandydaturę z wielką gorliwością. W tej samej chwili Ketling oznajmił jednak, że musi wyjechać do Szkocji. Zagłoba zrozumiał to jako konieczność i jeszcze bardziej próbował skłaniać Krzysię do Basi i Wołodyjowskiego. Gdy potem zapytał Krzysię, czy chce Ketlinga za męża, usłyszał z jej ust niespodziewane słowa, że chce iść do klasztoru. Basię i Zagłobę zaskoczyło to tak bardzo, że długo nie mogli uwierzyć, iż mówi poważnie.
Wkrótce Ketling pożegnał panią Makowiecką i zniknął z Warszawy. Krzysia, która naprawdę zamierzała zostać zakonnicą, nie pokazywała się już prawie nikomu. Zagłoba tymczasem całkowicie poświęcił się sprawie elekcji i pracy dla „Piasta”, czyli księcia Michała. Wraz z księdzem Olszowskim prowadził rozmowy z przybyłą do Warszawy szlachtą. Wkrótce do stolicy zaczęły ściągać tłumy ludzi, kupców, wojskowych i magnatów. Między stronnikami różnych kandydatów narastało napięcie, a Zagłoba był coraz bardziej przekonany, że trzeba poprzeć księcia Michała, syna księcia Jeremiego.
W tym czasie nastąpiło niespodziewane spotkanie. Pewnej nocy, gdy Basia z Zagłobą wracali bryczką do domu, usłyszeli za sobą jeźdźców. Okazało się, że to Wołodyjowski z panem Makowieckim. Spotkanie było gorące i radosne. Wołodyjowski pytał o Krzysię, ale Basia, czując, że lepiej nie wspominać od razu o jej postanowieniu, milczała. Po przybyciu do dworku przywitała ich pani Makowiecka, a potem wszystko się wydało: Krzysia postanowiła iść do zakonu. Na wieść o tym Wołodyjowski osunął się w rozpacz. Zagłoba starał się go pocieszyć, tłumacząc, że to może tylko chwilowa słabość i że Krzysia zmieni zdanie. Mimo to mały rycerz cierpiał bardzo i pragnął zobaczyć Krzysię. Następnego ranka doszło do ich rozmowy. Krzysia potwierdziła, że idzie do klasztoru, ale nie wyjaśniała powodów. Wołodyjowski błagał ją, by nie odbierała mu nadziei, mówił, jak bardzo ją kocha i jak długo na nią czekał. Ona płakała, klękła przed nim i prosiła o przebaczenie, lecz powiedziała, że inaczej być nie może. W końcu Wołodyjowski, zrozpaczony, pożegnał ją i odszedł.
W korytarzu spotkał Basię, która chciała go pocieszyć, lecz w gniewie i rozpaczy odpowiedział jej sarkazmem. Basię to zabolało do żywego i natychmiast wyznała mu z oburzeniem: „Wiedz waćpan, że dla Ketlinga nie ja idę do klasztoru!”. Wołodyjowski zrozumiał wtedy, że Krzysia kocha Ketlinga, i z potwornym bólem natychmiast ruszył do Warszawy. Basia, przerażona skutkami swojej złości, pobiegła za nim i wyznała, że to ona zdradziła mu prawdę. Zagłoba z panią Makowiecką chcieli go gonić, ale nie mogli już dogonić. Pan Zagłoba coraz wyraźniej widział, że całe zamieszanie to także jego wina.
Wieczorem w domu trwała trwoga, bo nikt nie wiedział, gdzie są Wołodyjowski i Ketling. Noc rozdarła burza, a wszyscy siedzieli w modlitwie, nasłuchując tętentu. Następnego dnia pan Zagłoba ruszył do miasta, ale bez skutku. Dopiero wieczorem, gdy rodzina była już w całkowitym strapieniu, usłyszano turkot. Wszedł Wołodyjowski, a za nim Ketling. Mały rycerz powiedział Krzysi, że wszystko wie i że Basia w złości wydała ich tajemnicę. Następnie, po krótkiej i bardzo wzruszającej rozmowie, oświadczył, że nie chce ich krzywdy i błogosławi Krzysi oraz Ketlingowi. Ketling klęknął u jej kolan, a Wołodyjowski wyszedł, żeby się pomodlić. W korytarzu spotkał zapłakaną Basię i wtedy ona, wzruszona jego dobrocią, wyznała, że go kocha. Wołodyjowski od razu ją uściskał i zapytał, czy chce go za męża. Basia odpowiedziała: „Tak! Tak! Tak!”. W tym samym czasie do izby wpadł Zagłoba, który najpierw myślał, że Wołodyjowski zginął, a potem dowiedział się o szczęściu Ketlinga i Krzysi. Zdumiony, ale wzruszony, pobłogosławił wszystkich.
Po tych wydarzeniach mijały cztery lata. Wołodyjowski i Basia żyli razem szczęśliwie, a on gospodarzył na kupionych przez siebie wsiach pod Kamieńcem, umacniał je i bronił przed napadami. Z czasem otrzymał rozkaz objęcia komendy w Chreptiowie nad granicą mołdawską. Basia nie chciała zostać w domu i uprosiła, by jechać z nim. Zagłoba odradzał rozdzielanie się i uznał, że lepiej, by żona była przy mężu. Ostatecznie postanowiono, że Wołodyjowski najpierw pojedzie do Chreptiowa i przygotuje wszystko, a potem sprowadzi Basię. Po trzech tygodniach przysłał eskortę i list, w którym opisywał fortecę i prosił żonę, by przyjechała. Basia ruszyła więc w drogę z Zagłobą, a po drodze dołączyli do nich oficerowie, wśród nich Lipkowie pod wodzą Mellechowicza. Zagłoba od razu wyczuł w młodym Tatarze coś niepokojącego, choć Basia okazała mu życzliwość.
W drodze do Chreptiowa karawana przejeżdżała przez dzikie jary, lasy i pustkowia. Basia była zachwycona przygodą, a Zagłoba wspominał dawne czasy. Wreszcie, u progu Chreptiowa, na jej powitanie wyruszył Wołodyjowski. Przywieźli ją do stanicy nocą, przy łuczywach i okrzykach żołnierzy. Tam przyjęto ich z wielką radością, a Zagłoba otrzymał nawet osobny transparent. Potem zaczęło się życie staniczne: wyprawy przeciw zbójcom, wyjazdy na podjazdy, polowania i częste rozmowy rycerzy przy winie. Basia szybko zyskała miłość żołnierzy, bo troszczyła się o rannych, jadło i porządek. W Chreptiowie często zbierali się starzy wojownicy, którzy opowiadali o dawnych wojnach i niewolach.
Jednego wieczoru pan Muszalski opowiedział o swoim pobycie na galerach tureckich i o dawnym wrogu Dydiuku, z którym najpierw się nienawidził, a potem w niewoli pojednał. Opowieść skończyła się wyznaniem, że wspólna niedola nauczyła ich miłości. Innego wieczoru ksiądz Kamiński mówił o chrześcijańskiej miłości nieprzyjaciół, a pan Nienaszyniec wyznał tragiczną historię porwania swojej siostry Halszki przez Tuhaj-beja. Rozmowę przerwała wiadomość, że pod Sierocym Brodem zebrała się wielka banda zbójców i ordy. Wołodyjowski natychmiast przygotował wyprawę. Później okazało się, że wśród Lipków krążą podejrzane listy i że Mellechowicz może być związany z Tatarską zdradą. Po badaniu wyszło jednak na jaw, że działał z polecenia Bogusza i hetmana, starając się sprowadzić z powrotem zbuntowanych Tatarów pod chorągwie Rzeczypospolitej. Wołodyjowski uznał wtedy swoją pomyłkę i pochwalił młodego Lipka. Mellechowicz zaś prowadził dalej swoją tajną misję.
W rozdziale końcowym tej części ksiądz Kamiński opowiedział zebranym własną historię. Mówił o wojnach domowych, o rzezi i o swoim dawnym okrucieństwie. Przyznał, że kiedyś, po śmierci i zniszczeniu, miał dziwny sen pod krzyżem, w którym Chrystus nakazał mu głosić miłość zamiast zemsty. Od tej pory, jak wyznał, uczy miłości nieprzyjaciół i wzywa do pojednania. Po nim pan Nienaszyniec opowiedział swój los: jak chciał wykupić siostrę Halszkę z tatarskiej niewoli, porwał nawet syna Tuhaj-beja, by wymienić go na siostrę, lecz został zdradzony przez własnych ludzi, pobity i okradziony. Na końcu rozdziału nadeszła wieść o nowej grupie rozbójników u Sierocego Brodu, co zapowiedziało kolejną wyprawę Wołodyjowskiego i Basi.