Kurtz pojawia się najpierw jako cień i głos. Gdy Marlow widzi go na noszach, uderza go skrajne wyczerpanie chorego człowieka, ale także siła jego spojrzenia i głosu. Kurtz nadal mówi o sobie, o kości słoniowej, o planach i o sprawiedliwości. Marlow obserwuje, że Kurtzowi przypisano ogromne znaczenie, a jego raport o „tępieniu dzikich obyczajów” był pełen wielkich słów o cywilizacji, postępie i potędze woli, lecz kończył się dopiskiem: „Wytępić wszystkie te bestie!”.
W nocy Marlow idzie za Kurtzem do obozowiska jego czcicieli. Kurtz próbuje uciec w głąb lasu, ale Marlow powstrzymuje go i odprowadza z powrotem na statek. Rozmowa między nimi odsłania prawdziwy stan Kurtza: jest on wyniszczony, ale wciąż świadomy, wciąż zdolny do mówienia i formułowania pragnień. Sam mówi o wielkich planach i o tym, że został upadły przez głupiego „łotra”, czyli Rosjanina. Marlow rozumie, że Kurtz nie jest szaleńcem w prostym sensie — jego umysł pozostaje jasny — lecz jego dusza uległa obłędowi w samotności, wśród dziczy i własnej bezgranicznej żądzy.
Gdy parowiec rusza z powrotem, na brzegu zbiera się tłum ludzi z plemion Kurtza. Wśród nich stoi także dzika kobieta, opisana jako potężna, piękna i tragiczna. Kurtz patrzy na nią z pokładu, a ona odpowiada mu pełnym bólu spojrzeniem i rozpacznym gestem. Marlow dostrzega, że kobieta jest związana z Kurtzem silniej, niż można to było zrozumieć z zewnątrz. Na parowcu trwa napięcie, bo pielgrzymi obawiają się ataku. W trakcie przepływania przez mgłę i okolice stacji dochodzi do zasadzki: z brzegu padają strzały, ginie sternik trafiony włócznią, a Marlow ratuje statek dzięki świstowi gwizdawki parowej, który rozprasza napastników. Zrozumiałe staje się, że napad miał zatrzymać odjazd Kurtza.
W dalszej drodze Kurtz słabnie coraz bardziej, lecz nadal mówi. Marlow przyznaje, że jeszcze przed śmiercią Kurtza uważał go za człowieka wybitnego właśnie dlatego, że Kurtz miał coś do powiedzenia i naprawdę to powiedział. Ostatecznie dochodzi do sceny śmierci Kurtza. Leżąc w ciemności, Kurtz szepcze dwa razy: „Ohyda! Ohyda!”. Marlow interpretuje to jako jego ostatni sąd nad sobą samym i nad własnym życiem. Umiera, a Marlow pozostaje z poczuciem, że stracił człowieka, którego głos stanowił dla niego najważniejszy ślad osobowości Kurtza.
Po śmierci Kurtza parowiec wraca w dół rzeki. Marlow jest osłabiony, chory i przeżywa własne moralne rozdarcie. Ostatecznie zabiera ze sobą papiery i fotografię Kurtza, które później ocali od zniszczenia. Ich znaczenie staje się dla niego ciężarem, ale i obowiązkiem pamięci.