W klasztorze na Jasnej Górze rosło napięcie, bo Szwedzi coraz wyraźniej przygotowywali się do oblężenia. Ksiądz Kordecki wraz ze szlachtą i zakonnikami organizował obronę, a Kmicic – już jako Babinicz – opowiadał o niebezpieczeństwie i ostrzegał przed zamiarem napadu na klasztor. Na wieść o grożącym szturmie wszyscy umacniali mury, gromadzili broń, proch i żywność. Mieszkańcy okolicy, chłopi i mieszczanie, przynosili zapasy i sami chcieli bronić świętego miejsca. Kmicic z radością patrzył na te przygotowania, bo czuł, że wreszcie ma przed sobą prawdziwą walkę i że może zadośćuczynić za dawne winy.
Wkrótce pod Jasną Górę przybyły pierwsze oddziały szwedzkie. Przedstawiciel dowództwa próbował skłonić zakonników do poddania się, ale Kordecki odpowiedział spokojnie, że kościół i klasztor nie należą do miasta Częstochowy i że Jasna Góra ma zostać nienaruszona. Następnie rozpoczęły się przygotowania do obrony i jednocześnie pierwsze działania wojenne. Szwedzi palili zabudowania przy klasztorze, lecz obrońcy odpowiedzieli działami. Kmicic, walcząc na murach, okazał wielką odwagę i celność, a jego spokój podczas ostrzału imponował nawet młodemu nowicjuszowi. Gdy pod klasztor podjechały działa i granaty, wypadł nawet granat na mur, a Kmicic pochwycił go i wyrzucił, zanim zdążył wybuchnąć. Ksiądz Kordecki uznał go za człowieka, który „nie poddadzą Jasnej Góry”, i umocnił go duchowo.
Najważniejszym wydarzeniem tej części było nocne uderzenie na szwedzki szaniec. Kmicic, Czarniecki, przeor i kilku ludzi wyszli przez wąski przechód poza mury. Cicho obeszli szaniec od tyłu, dostali się do namiotów i uderzyli niespodziewanie na śpiących Szwedów. Kmicic zabił de Fossisa, jednego z głównych inżynierów oblężenia, a potem również pozostałych oficerów w namiocie. Walka przerodziła się w rzeź: Szwedzi, zaskoczeni i zdezorientowani, uciekali w popłochu, a obrońcy wysadzili działa i zniszczyli szaniec. Zginął też Horn, a sam Miller zrozumiał, że poniósł ciężką klęskę. Wycieczka wróciła do klasztoru, a na murach rozbrzmiały śpiewy i modlitwy. Kmicic zyskał sławę bohatera, choć nadal ukrywał swoje nazwisko.
Po tej klęsce Szwedzi zaczęli coraz wyraźniej słabnąć. Miller próbował jeszcze układów i poselstw, ale jasnogórscy mnisi odmawiali poddania się. Gdy Szwedzi grozili śmiercią zakonnikom, obrońcy odpowiedzieli, że nie boją się strachu ani szubienic. W klasztorze pojawił się też początkowo fałszywy posaństwiec z wieścią o rzekomej abdykacji Jana Kazimierza, lecz Kordecki odrzucił te słowa jako kłamstwo i publicznie oświadczył, że król nie zrzekł się tronu. Dzięki temu upadła próba złamania ducha obrońców. Gdy pojawił się kolejny list z groźbą wysadzenia klasztoru, wszyscy coraz mocniej ufali, że Jasna Góra się obroni.
W obozie szwedzkim narastało zniechęcenie. Gdy zniszczono największą kolubrynę, którą Miller liczył zdobyć klasztor, wódz zrozumiał, że obrona Jasnej Góry nie jest zwykłą sprawą wojskową. Sądził, że walczy z twierdzą, ale pojęcie o duchowej sile klasztoru podważało jego pewność. Po jednej z rozmów z oficerami sam przyznał, że nie może zdobyć tego miejsca zwykłą przemocą. W końcu, mimo nowych kolubryn i szańców, Szwedzi musieli odstąpić od oblężenia. Odchodząc, Miller próbował jeszcze wymusić okup, ale odpowiedzią były tylko opłatki – znak, że zakonnicy nie boją się już żadnych gróźb.
W tym czasie Kmicic po wykonaniu wycieczki wciąż pozostawał niepewny własnego losu, bo sądzono, że może zginął. Kiedy jednak wszystko się uspokoiło, wyjechał z klasztoru wraz z Kiemliczami. Po drodze rozmawiał z nimi o sytuacji w kraju i dowiedział się, że coraz więcej ludzi odwraca się od Szwedów, a wiele oddziałów wojskowych i szlacheckich przygotowuje się do powrotu pod władzę Jana Kazimierza. Usłyszał też, że Radziwiłł w Kiejdanach został złamany i oblężony przez Sapiehę. Kmicic przyjął tę wieść z ulgą, bo oznaczała ona koniec groźby dla Oleńki i dla ludzi z nią związanych.
W Głogowej, dokąd dotarł po opuszczeniu Częstochowy, spotkał się z królem Janem Kazimierzem. Najpierw w kościele zobaczył króla modlącego się krzyżem przed ołtarzem, co głęboko go wzruszyło i całkowicie odmieniło jego postawę wobec monarchy. W rozmowie z królem opowiedział o obronie Jasnej Góry i o swoich czynach, a także o tym, że nie chce nagrody, lecz uznania dla swojej służby. Król przyjął go życzliwie, ale później pojawiły się podejrzenia, bo do monarchy dotarł list księcia Bogusława Radziwiłła oskarżający Kmicica o próbę porwania króla za sto czerwonych złotych. Kmicic omal nie zemdlał z oburzenia i żalu, lecz królowa Maria Ludwika stanęła po jego stronie, przekonując króla, że jego słowa i czyny świadczą o prawdzie.
Król zdecydował się wrócić do kraju, ale w drodze jeszcze nie miał zaufania do Kmicica w pełni. Dopiero w czasie podróży przez góry, gdy orszak królewski został napadnięty przez Szwedów w wąwozie, Kmicic znów dowiódł odwagi. W szwedzkim stroju podjechał do wroga, zabił kapitana i sam rzucił się na pierwszy szereg, zatrzymując Szwedów. Gdy sytuacja wydawała się beznadziejna, z gór zeszli górale – wezwani przez fałszywych przewodników – i z ogromnym impetem zaatakowali Szwedów ciupagami i siekierkami. Dzięki temu król ocalał. Kmicic, ciężko ranny i ledwie żywy, został wydobyty spod trupów. Jan Kazimierz poznał w nim prawdziwego obrońcę i uroczyście uznał jego zasługi.
Po tym wydarzeniu orszak królewski ruszył dalej przez góry ku Lubowli, a potem ku granicy. W drodze towarzyszyły mu coraz liczniejsze oddziały wiernych żołnierzy i górali, którzy łączyli się z królem, by walczyć przeciw Szwedom. Kmicic, choć nadal ukrywał swoje nazwisko przed niektórymi, coraz wyraźniej zdobywał zaufanie monarchy. Król, przekonany o prawdzie jego słów i czynów, wreszcie pozwolił mu pozostać przy sobie. W ostatnich scenach tego fragmentu Kmicic i Jan Kazimierz jechali razem przez góry, a szlachta, wojsko i lud ruszały coraz odważniej przeciw najeźdźcy.
Cały fragment kończy się więc zwycięstwem Jasnej Góry, odzyskaniem wiary w możliwość oporu i coraz wyraźniejszym przełomem w życiu Kmicica, który z człowieka podejrzanego staje się obrońcą króla i ojczyzny.