Na ulicy Miodowej codziennie około południa pojawiał się pan Tomasz, zamożny mecenas. Chodził powoli, zamyślony, schludnie ubrany, ustępował przechodniom i z życzliwością przyjmował potrącenia. Dawniej był ruchliwym obrońcą, a potem, gdy został mecenasem, zmienił się: posiwiał, spoważniał, zdobył majątek i opinię znawcy sztuk pięknych. W młodości był bardzo zajęty kobietami i nie miał czasu na małżeństwo, choć był swatany. Gdy dojrzał, zaczął myśleć o żonie, urządził sześciopokojowe mieszkanie i szukał odpowiedniej kandydatki, lecz kolejne znajomości kończyły się niepowodzeniem. Z czasem urządził w domu prawdziwą galerię sztuki: kupował obrazy, przestawiał meble, zmieniał zwierciadła i organizował wieczory muzyczne. Lubił sztukę w spokojny, wyważony sposób — chodził do teatru po wcześniejszym zapoznaniu się z utworem, obrazy oglądał wtedy, gdy było mało osób, a o dobrych dziełach mówił rzeczowo, że są „wcale ładne”. Był pobłażliwy dla ludzkich niedoskonałości, ale miał jedną gwałtowną słabość: nie znosił katarynek i kataryniarzy. Ich dźwięk natychmiast psuł mu humor. Uważał, że kataryniarze są „rabusie”, a hałas katarynki rozdrażnia go i odbiera mu spokój. Gdy ktoś dla żartu wysłał mu pod okna dwóch kataryniarzy, mecenas tak się rozgniewał, że doszło nawet do wezwania sądu honorowego. Bardzo dbał też o to, by w jego domu nie grały katarynki — przy każdej zmianie stróża przypominał o tym i płacił za pilnowanie podwórza.
W domu pana Tomasza mieszkały więc dwie części świata: elegancka, „paradna” połowa dla gości oraz skromniejsze mieszkania od strony podwórza. Mecenas spędzał czas głównie w gabinecie z oknami na podwórze, czytając, pisząc listy i rozmyślając. To właśnie stamtąd widział swoich nowych sąsiadów.