Powynosiły się nareszcie Żydy, zaduchu w izbie narobiwszy; rondel, żelazko i moździerz stały rzędem przy matce na ławie. Patrzyła na mnie wzrokiem smutnym, zmęczonym, osłupiałym prawie. Ale gdy mróz coraz większy na noc brał, a Piotruś, zwyczajnie bąk niewytrzymały, piszczeć zaczął, że mu zimno, że głodny, kazała mi matka bieżyć do stróżki i zapytać, czy żelazka nie kupi.
Ale stróżka nie zapomniała widać owej matczynej odmowy. Odęła się też zaraz, jak karmelicka bania.
— Jak będę miała kupować, to se nowe kupię! Co mi tam po starym gracie!
Kiedym to powtórzył matce, ognie uderzyły na nią.
— Nie, to nie! — zawołała głosem, drżącym z gniewu. — Widzicie ją! Grat!… stary grat!… Jaka pani! Jak pożyczyć, to jej było dobre, a jak kupić, to stary grat! poczekaj, ty flądro… jędzo…
Zakaszlała się i za piersi chwyciła, ale jej nie było co popić dać, bo ziółka dawno wyszły.
— A to ci tyjatr!… — szepnął Felek, szczypnąwszy mię do bolącego.
— Wicuś! — odezwała się matka przerywanym głosem — biegaj no do tego najpierwszego *handla*, co dziesięć złotych dawał. Do tego czarnego, wiesz? Niech przychodzi. — I, przymknąwszy zmęczone oczy, szeptała:
— Za psie pieniądze przedam, zmarnuję, a tobie, jędzo, flądro jedna, wara od starych gratów na ludzki dobytek wydziwiać… Nie użyjesz! Nie użyjesz!
I umilkła, wyczerpana zupełnie.
Felek aż się piętami po łydkach bił, tak ze mną po Żyda leciał. Myśleliśmy, że go Bóg wie gdzie szukać przyjdzie, a on prawie wprost naszej bramy stał, ręce za pas u chałata założył i bokami spluwał. Zupełnie jakby czekał na nas. Kiedy Felek, podleciawszy, szturchnął go w łokieć, błysnęły mu oczy zmrużone, jak kotu, i pociągnął nosem. Poszedł za nami prędko, skwapliwie. Ale i on teraz więcej dać nie chciał, jak *równe dziewięć złotych*. To *równe* mówił takim głosem, jakby do owych dziewięciu złotych przynajmniej z pół rubla dokładał.
Matka znów się zapaliła na twarzy.
— Człowieku! — krzyknęła. — A toć że tego nie ubyło! A toć żeście pierw dziesięć złotych dawali. A toć że to samo!
— Nu, to co, że to samo? — odrzekł flegmatycznie *handel*. — Ja się namyślał…
— Dajcież już tak dziesięć złotych, jakeście dawali… Miejcież sumienie!…
— Nu, ja sumienie mam! Żeby ja sumienie nie miał, to by ja ośm złotych dał, a że ja sumienie mam, to ja dam równe dziewięć.
— A żeby was Bóg ciężko skarał za moją krzywdę! — jęknęła matka.
— Co to skarał? — szarpnął się *handel*. — Za co skarał?… Czy ja darmo chcę wziąć? Czy ja plewy daję? Nu, ja daję gotowe pieniądze.
Matka już nic nie odpowiedziała, twarz jej była tak białą, jak krążek opłatka. Kiedy Żyd liczył pieniądze, Felkowi oczy latały za każdą dziesiątką. Co tylko która była choć trochę starta, natychmiast ją z szeregu wyrzucał, krzycząc, że fałszywa. Żyd sykał z początku, potem rozczerwienił się tak, jakby go apopleksja tknąć miała, zamierzył się raz nawet na Felka, doprowadzony do ostatniej pasji, aż nagle uśmiechnął się, dobył z kamizelki grosz dobrze sczerniały i, podając go Felkowi, rzekł:
Źródło tekstu: Wolne Lektury.