Matce w tych czasach pogorszyło się jakoś; doktór jej kazał dobry rosół i świeże mięso jeść, a choć płakała na taką stratę i, jak mogła, ojcu broniła, to jednak coś przez tydzień do rzeźnika co dzień latałem, kupując czasem i całe pół funta.
A *handel* to już tak do nas przywykł, że, czy go kto wołał, czy nie wołał, co dzień choć przez drzwi zajrzał. Już nawet Hultaj, pies stróża, nie szczekał na niego. Po szafie kupił od nas *handel* cztery na orzech bejcowane krzesła, cośmy na nich do obiadu siadali. Przy tych krzesłach tośmy mieli uciechę, bo *handel* nie mógł więcej wziąć sam, jak dwa, a drugie dwa samiśmy nieśli aż na Ordynackie.
Na głowach my z nimi paradowali samym środkiem ulicy, a Felek tak wrzeszczał: „Na bok! Na bok!”, że aż dorożki stawały. *Handla* zostawiliśmy za sobą het precz, choć Żydzisko pędziło za nami, krzycząc, żeśmy rozbójniki, szwarcjury i inne tam takie żydowskie wymysły. Dopieroż na Ordynackiem dalej bębnić w stołki. Pozlatywali się ludzie, myśleli, że to *sztuki*; aż przecie nas *handel* dopadł i, chwyciwszy się za brodę na owo zbiegowisko przy stołkach, trzygroszniak nam dał, żebyśmy sobie poszli.
Tak nam ta wyprawa zasmakowała, żeśmy się tylko pytali, co trzeba wynosić.
Szczególniej Felek coraz miał nowe pomysły. Jak tylko wrócił z ochrony, zaraz ręce na plecy zakładał, po izbie chodził i po kątach, jak taksator patrzył.
— A może by, proszę ojca, garnek żelazny? A może by balię, albo zegar?
— Poszedł precz! — fuknął na niego ojciec, który teraz prawie ciągle był czegoś zły i smutny.
— Felek! Co ty gadasz? — odezwała się słabym głosem matka. — A toć byś ty niedługo duszę w ciele sprzedał?
Ja i Piotruś zaczęliśmy także silnie protestować.
— Ale!… Garnek!… Jeszcze czego!… A w czym to będziemy gotowali kaszę, albo i ziemniaki?
— Albo zegar!… — dodał z oburzeniem Piotruś. — A jakże będziesz bez zegaru wiedział, kiedy ci się jeść chce, albo spać?…
— Ojej!… — wołał Felek z miną skończonego libertyna — żeby o co, jak o to!… A ty, czy zegar pokazuje, czy nie pokazuje, tylko byś ciągle jadł.
— A ty sklepikarce po bułki latasz, żeby ci *kadryla* dała.
— Nie latam! — odparł, zaczerwieniwszy się, Felek.
— Latasz!
— Nie latam!
— Owszem, latasz! Sam widziałem, jakeś *kadryla* jadł…
— Ja *kadryla*?… Jak Boga kocham, tak nie jadłem!…
Tu uderzył się pięścią w piersi, aż echo jękło.
— No to chuchnij!…
Nastawił się Felek i chuchnął, aż para poszła. Z próby tej wyszedł z tryumfem. Nic nie zdradzało spożycia *kadryla*, a z głębi zapadłej brzuszyny dobyła się tylko czczość wielka.
Wszakże przegłosowany Felek nie tracił miny. Pewnego dnia, obchodząc izbę i poglądając po ścianach, wykrzyknął nagle.
— A rondel, proszę ojca! A moździerz! A żelazko!…
Źródło tekstu: Wolne Lektury.