lektury on-line

Kategorie

Nasza szkapa - Maria Konopnicka - Strona 7

Jakoś się jednego dnia nie paliło w piecu Ojciec matkę przyodział derką, a mnie do sąsiadki posłał po kawałek cukru do ziółek. Ale sąsiadka nie miała. Otworzył tedy ojciec do kuferka, czy jeszcze gdzie nie wytrząśnie jakiej okruszyny, bo matka kaszlała tak, że aż w piersiach coś rwało. Zaraz my we trzech obstąpili ojca, bo w kuferku bywały różne rzeczy, któreśmy rzadko kiedy widywali. Były w pudełku brzytwy ojca, były w drugim korale matczyne, była czarna jedwabna chustka, co ją ojciec w wielkie święta na szyję wiązał; była szuba matczyna z czerwoną podszewką, była żółta serweta w kwiaty na stół, była kapa na łóżko z zielonego persu.
Ale tym razem zupełnieśmy się zawiedli; kuferek był pusty. W kątku tylko, w czerwoną chusteczkę związana, leżała kawalerska harmonijka ojca. Ojciec potrącił ją raz i drugi, szukając odrobiny cukru, jakby się bał ją podnieść i usunąć z kąta. Brzękła i umilkła. Ale Felek już wsadził rękę do kuferka.
— A harmonijka, proszę ojca! — krzyknął, podnosząc czerwone zawiniątko. — Nie można by harmonijki?…
— Felek!… — zawołała matka słabym głosem z łóżka.
Ojciec się zaczerwienił. Felkowi chustczynę z harmonijką odebrał i, włożywszy do kuferka, zamknął go na klucz.
Tego dnia bardzośmy długo śniadania nie jedli; a obiadu — to też nie było. Myślałem, że mnie ojciec choć po chleb pośle, ale nie. Piotrusiowi tylko dostała się wczorajsza kromka. Poszliśmy z Felkiem do sieni w klasy grać, bo nam się dłużyło jakoś. Druga już może była, albo i trzecia, kiedy matka zawołała mnie do łóżka i rzekła zmęczonym, przerywanym głosem:
— Wpadnij no Wicuś do maglarki na Szczyglą — wiesz?…
— Ojej… Co nie mam wiedzieć… Pod trzeci…
— Pod trzeci — powtórzyła matka. — To porządna kobieta, może kupi żelazko…
— Żelazko?… — powtórzyłem, niepewny, czy dobrze słyszę.
— Tylko żeby dopiero zmierzchem przyszła, żeby w podwórzu stróżka nie widziała… No idź…
Chwyciłem czapkę, kiedy mnie zawołała raz drugi:
— Wicuś!…
Ale kiedym podszedł, popatrzyła na mnie i rzekła:
— Nic już, nic! Idź…
Byłem we drzwiach, kiedy mnie zawołała raz jeszcze.
Była wpół podniesiona na łóżku, zapadłe jej oczy otwarte były szeroko.
— I moździerz… — szepnęła tak cicho, żem dosłyszał ledwie.
Skamieniałem. Doznałem wrażenia, jakby mnie samego sprzedawać miano.
— Moździerz? — powtórzyłem szeptem, nachylając się ku twarzy matki.
Dyszała ciężko, nierówno, w piersiach słychać było świst ostry. Nie odpowiedziała nic, tylko mnie przytrzymała za rękę. Dłoń jej była zimna, wilgotna. Dwa czy trzy razy otwarła usta bez głosu, pożółkłe jej czoło potem się okryło.
Chwyciła powietrza głębokim, do westchnienia podobnym oddechem.
— I rondel… — szepnęła z wysiłkiem.
— Rondel?… — rzekłem równie cichym głosem.
Skinęła tylko ręką, głowa jej opadła na poduszkę, oczy się przymknęły.
Wyleciałem, jak oparzony, trzymając czapkę w garści. W sieni spotkałem Felka.
— Słysz, ty — krzyknąłem mu w ucho. — I rondel, i moździerz, i żelazko, wszystko ci het przedajem!
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia