W tym fragmencie wracają kolejne pieśni, w których Kochanowski pokazuje różne sytuacje i stany człowieka: żal po rozłące, pijaństwo, starzenie się, nocną skargę, rozmyślanie o losie, rozczarowanie służbą oraz rozważań o fortunie i bogactwie.
Podmiot widzi o zmierzchu płaczącą kobietę i postanawia zatrzymać się, by poznać przyczynę jej żalu. Kobieta opowiada o swojej długiej samotności. Mówi, że od dziesięciu lat czeka na powrót ukochanego i nic nie jest w stanie ulżyć jej trosce. Wszyscy inni wrócili już z wyprawy przeciw Troi, a ona jedna pozostała bez męża. Winą obarcza „Sroga Fortuna”, która jej go odebrała. Wspomina też, że gdy mąż płynął do Sparty, wolałaby, aby zginął na morzu, bo oszczędziłoby jej to cierpienia. Porównuje siebie do ptaka, który po utracie towarzysza nie siada już na zielonej gałęzi, lecz samotnie lata po lasach. Żyje w ustawicznym smutku, unika ludzi i woli płakać bez świadków. Najbardziej lęka się myśli, że ukochany może gdzieś błądzić albo że jest jej niewierny. Z lękiem wspomina morze i wiatr, a na końcu modli się, by życzliwe wiatry przyspieszyły mu powrót na ojczysty brzeg.
W tej pieśni pojawia się ostra, żartobliwa skarga na sąsiada-gospodarza. Mówiący wspomina biesiady, na których musi pić złe piwo i znosić zły humor gospodarza, który gniewa się o drobiazgi: o muchę na nosie, o to, że ktoś nie dopije kufla, o najmniejszy brak porządku. W domu panuje nerwowość, a gospodarz wyżywa się na gościach i służbie. Podmiot zaznacza, że nie pociąga go takie „uczcie”, bo nie znajduje przyjemności w piwie. Odmawia udziału w piciu dla samej sławy, twierdząc, że jeśli chodzi o „męstwo” picia, oddaje pierwszeństwo innym. Potępia też uczty, na których zamiast rozmowy i umiaru są kłótnie, krzyki, tłuczone kufle i hałas. Na końcu przechodzi do obrazu pijanego śpiewania po uczcie i kończy ostrym przekleństwem skierowanym do pijanic.
Adresatką jest kobieta, której podmiot współczuje, że nikt jej nie przestrzega. Zaczyna od przestrogi, by nie ufała zwierciadłu, bo pokazuje jej nie prawdę, lecz to, co chciałaby widzieć. Radzi spojrzeć w lustro „prawdziwszej roboty”, gdzie zobaczy chropawą skórę, zęby nie całkiem białe i ślady wieku pod oczami. Mówi, że żadna „wenecka farba” nie ukryje tych znaków starości. Przypomina jej, że nie powinna już tak tańczyć ani stroić się jak młoda dziewczyna. Zwraca uwagę, że jej ubranie nie przystoi wiekowi, a stroje nosi tak, jakby były „wedle świata”, choć lata domagają się umiaru. W końcu porównuje ją z młodą Zosią, dla której skakanie jest naturalne, i stwierdza, że starzejacej się kobiecie bardziej przystoi kądziel niż siedzenie za stołem w wieńcu przy młodzieńcu.
Pieśń rozpoczyna wezwanie do wesołości i biesiady. Podmiot zachęca, by każdy pił do swojego, bo na głodniaka nie tańczy się dobrze, a po kielichu łatwiej o figle. Proponuje zawiesić wszelką powagę, nie odwoływać się do urzędów i przywilejów, lecz dopuścić żart do wspólnego stołu. Twierdzi, że świat jest przyjemniejszy, gdy statek i zabawa idą obok siebie. Jednocześnie przyznaje, że sam niewiele zyska, bo słuchacze nie dają mu pełnych kielichów, a przecież poeta bez trzeźwości nie działa dobrze. Wzywa więc do swobodnej rozmowy i odrzuca zbyt długie zastanawianie się nad tym, co przyniesie jutro. Najważniejsze jest „Dziś bądź wesół, dziś użyj biesiady”, bo o przyszłym dniu rozstrzyga Bóg.
W tej pieśni mówi zakochany stojący na dworze w nocną ulewę. Adresatka śpi, a on cierpi od wieczora na zimnie, deszczu i grzmotach. Prosi, by się ocknęła i wysłuchała jego głosu, zapewniając, że nie ma złych zamiarów, choć chodzi po nocy. Mówi, że w miłości nie ma miejsca na hardość, lecz trzeba zachować obyczaj. Przywołuje przykłady Amfiona i Orfeusza: lasy szły za lutnią Amfiona, a Orfeusz wzruszał nawet jędze i bogów, gdy szukał żony pod ziemią. Przypomina jednak, że Orfeusz przegrał, gdy obejrzał się za wcześnie. Z tego wyciąga wniosek, że gdy coś jest komuś drogie, trudno wytrwać nawet krótko. Na końcu słyszy dzwony u mnichów, żegna się na noc i zostawia wieniec na ścianie jako świadectwo niewyspania.
Podmiot zwraca się do własnego rozumu i wzywa go, by przestał się frasować. Tłumaczy, że tego, co zginęło, nie da się odzyskać, a kiedyś, gdy było szczęście, wszystko przychodziło łatwo. Teraz niebo nie sprzyja i to, czego człowiek pragnie, oddala się. Nie ma sensu psuć sobie głowy, lepiej czekać na lepsze czasy. Podkreśla też, że nie on jeden tak cierpi, choć ludzie zwykle potrafią ukrywać smutek pod uśmiechem. Sam nie umie tego ukryć, bo twarz zdradza, co czuje serce. Wróci więc do tej samej myśli: „Co zginęło, trudno tego wetować.”
Tu pojawia się doświadczenie służby i niewdzięczności. Podmiot mówi, że czasem najlepiej zamilknąć, by nie dawać wrogowi poznać swojej słabości, ale jeszcze ważniejsze jest od razu odpłacić się i podziękować niewdzięcznemu panu. Opowiada, że cierpiał bardzo długo i dał się prowadzić „za nos”, choć jego zasługi były lekceważone. Próbował znosić zło uprzejmością i zwyciężać niewdzięczność stałością, lecz to nie przyniosło skutku, bo umysł pana był zawsze inny niż jego własny. Na końcu żegna „niewdzięczne i nieludzkie wrota”, które znały jego częste drogi, i życzy im pajęczyny, pleśni oraz rdzy.
Pieśń zaczyna się od dźwięku zegara, który odpędza melancholię. Podmiot stwierdza, że na dzień wystarcza statek, a na koniec dnia dobra myśl. Dalej rozwija myśl o ludzkiej śmieszności: człowiek, choć pyszni się na ziemi, jest wobec Boga błaznem. Urzędy, dygnitarstwa i władza nie chronią przed śmiercią, bo wszystkich ona stawia równo. Potępia też chciwość, która sprawia, że człowiek zbiera dla innych, sam głodując. Synowie nie dziedziczą rozumu po ojcach, tylko worki, a nie troski. Dlatego te płonne zmartwienia należy oddać szatanowi. Lepiej pić wino, bo z niego rodzi się dobra myśl, a frasunek podlany taje jak śnieg pod słońcem.
W tej pieśni mówi „furta strapiona”, która skarży się na nocne cierpienie. Prosi, by ktoś „potłucz zawiasy” i wrzucił ją w ogień, bo każdej nocy doświadcza brutalnych razów ze strony pijanic. Wspomina, że dawniej zrywano powrozy i wrzeciądze, a teraz drzwi tłucze się głowicami, podczas gdy gospodarz zamyka klucze. Podkreśla, że cierpi nie ze swojej winy, lecz z powodu „wszetecznej pani”, która prowadzi się bez wstydu i dobrej sławy. Mimo to wywiązuje się ze swojego obowiązku i nie wypomina jej zbytków. Potem następuje dłuższa skarga pijanego człowieka pod drzwiami. Żali się, że nie może wejść do domu, choć noc jest zimna, i prosi furtę o litość. Mówi, że jego słowa biegną na próżno, bo pani jest głucha na prośby. Na końcu stwierdza, że bardziej niż on cierpi sama furta, która znosi to wszystko aż do piania kogutów.
W następnej części otwiera się nowy cykl pieśni. W pieśni I opisane zostają przeciwne chmury, deszcze, szumiące wody i groźne pioruny. Podmiot przywołuje obraz dawnego potopu, gdy przez sześć niedziel lał deszcz, a rzeki wystąpiły z brzegów. Zatopione zostały miasta, grody, ludzie, bydło i zwierzyna, a ocalał tylko Noe z rodziną. Bóg kazał mu wyjść na ziemię, obiecując, że lasy znów przyodzieją ziemię i że już nigdy nie wzruszy takich wód, które miałyby opanować świat. Na końcu podmiot zwraca się do lutni i nakazuje jej zamilknąć w sprawach tak wzniosłych, a sam woli schronić się przy ciepłym kominie, dopóki zły czas nie minie.
W pieśni II mówiący zwraca się do Hanny. Oświadcza, że nie śpiewa po to, by zachwycać skały czy lasy, lecz dla niej. Nie zależy mu na samym pochodzeniu ani herbach, ale na tym, by podobać się „białejgłowie” nauczoną mową. Prosi Hannę o pochwałę i mówi, że zazdrość nie zaszkodzi ich sprawie, jeśli ona sama mu pomoże. Zaprasza ją do domu, gdzie czekają ściany i lipa stojąca pośrodku dworu. Następnie opisuje wiosenny krajobraz: zielone lasy, kwitnące łąki, stada przy wodzie, pasterza grającego na piszczałce i faunów skaczących w lesie. Zachęca Hannę, by się spieszyła, zanim zorzę zastąpi noc.
W pieśni III pojawia się przestroga, by nie ufać Fortunie. Podmiot przypomina, że jest ona niestała i chętnie zmienia sprawy. Ostrzega przed złotem, które nie daje pewności, bo Fortuna może odebrać wszystko, co dała. Uważa, że ludzie kłaniają się nie człowiekowi, lecz jego szczęściu. Na końcu przeciwstawia zmiennym sprawom cnotę jako skarb wieczny, którego nie wydrze ani ogień, ani woda.
Pieśń IV rozwija myśl o bogactwie i jego zagrożeniach. Przywołuje Danae zamkniętą w wieży, którą Jowisz zdołał jednak zdobyć w postaci złota. Złoto otwiera bramy, przebija mury i kusi nawet potężnych. Przez chciwość upadają domy i miasta, a wielkie pieniądze rodzą wielką troskę. Im więcej człowiek posiada, tym więcej pragnie. Podmiot wybiera więc skromność i towarzystwo ludzi, którzy niczego nie chcą. Kończy myślą, że prawdziwy pan jest większy, gdy gardzi państwem, niż gdy gromadzi bogactwa bez możności ich użycia.