Druga część noweli pokazuje codzienność Skawińskiego na latarni. Dni mijają spokojnie i monotonnie, ale dla starca są szczęściem. Wstaje o świcie, czyści soczewki, je posiłek, a potem długo patrzy w morze. Widzi żagle, parowce z New Yorku, port w Aspinwall, łodzie, białe domy i wieżyczki miasta. W południe ruch zamiera, przychodzi cisza, a gorące światło zalewa wodę i piaski. Skawiński zżywa się z wysepką, latarnią, mewami i piaszczystymi ławicami. Karmi ptaki, zbiera ślimaki i perłowe muszle, łowi ryby przy księżycu. Z czasem zaczyna kochać swoją skalistą wyspę, choć jest ona uboga i bezdrzewna.
Największą zmianę przynosi to, że ze swej wieży może oglądać tropikalny krajobraz. Widać z niej całe międzymorze aż do Pacyfiku, bujną roślinność, palmy, banany, lasy i stada ptaków. Skawiński zna także grozę tych miejsc, bo wcześniej po rozbiciu na Amazonce błąkał się po puszczy i przeżył tam niebezpieczeństwa. Teraz jednak patrzy na nie z góry i czuje się chroniony przez latarnię. W niedzielę schodzi do kościoła, ubiera strażniczą kapotę i nosi krzyże na piersi. Kreole mówią o nim: „Porządnego mamy latarnika”. Czyta też gazety i szuka wiadomości z Europy, bo mimo oddalenia myślami wciąż wraca do ojczyzny.
Z czasem Skawiński coraz bardziej zamyka się w sobie. Przestaje bywać w mieście i rozmawiać z ludźmi. Jego życie ogranicza się do latarni, morza i rytmu codziennych obowiązków. Przestaje odczuwać nostalgię w gwałtowny sposób, bo przyzwyczaja się do samotności i rezygnacji. Zaczyna nawet przeżywać coś w rodzaju mistycznego zlania z otoczeniem – ma wrażenie, że niebo, woda, skała, piaski, żagle i mewy tworzą jedną wielką tajemniczą całość. Sam czuje się w niej maleńki, ale spokojny. W tym stanie „pół czuwania, pół śnie” znajduje ukojenie podobne do półśmierci.
Wtedy nadchodzi moment przełomowy. Pewnego dnia razem z zapasami przychodzi do niego paczka. Na niej widnieje adres do Skawińskiego i znaczki Stanów Zjednoczonych. W środku są polskie książki, wysłane przez Towarzystwo Polskie w New Yorku w odpowiedzi na jego wcześniejszą pomoc pieniężną. Starzec nie od razu rozumie, skąd się wzięły, ale czuje, że stało się coś niezwykłego. Otwiera książkę i widzi, że są to wiersze. Rozpoznaje imię wielkiego poety. Drżącym głosem czyta pierwsze wersy: „Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie!”. Wzruszenie narasta, bo słowa polskiej poezji po latach samotności wracają do niego jak głos ukochanej, dawno zapomnianej ojczyzny.