Zdałem sobie sprawę, że ci dwaj stoją na wybrzeżu u przodu statku, tuż pod moją głową. Nie poruszyłem się wcale; nie przyszło mi na myśl się ruszyć; chciało mi się spać.
— To przykre, doprawdy — mruknął wuj.
— Prosił zarząd, aby go tam wysłano — odrzekł tamten — bo chciał pokazać, co potrafi; dostałem też odpowiednie polecenie. Niech wuj pomyśli, jakie ten człowiek musi mieć wpływy. Czy to nie straszne?
Uznali to obaj za straszne i rozmawiali dalej, wypowiadając różne dziwaczne uwagi:
— Wodzi wszystkich na pasku… jeden człowiek radę… za nos.
Te kawałki bezsensownych zdań przezwyciężyły moją senność, tak że byłem prawie zupełnie przytomny, gdy wuj powiedział:
— Klimat może usunąć ci z drogi tę przeszkodę. Czy on tam jest sam?
— Tak — odrzekł dyrektor — odesłał swego pomocnika w dół rzeki z krótkim listem do mnie tej treści: „Niech pan wyprawi stąd tego nieboraka i nie kłopocze się przysyłaniem mi innych w tym samym rodzaju. Wolę być sam niż mieć koło siebie kogoś z ludzi, których pan ma pod ręką”. To było przeszło rok temu. Czy może sobie wuj wyobrazić podobną bezczelność!
— A od tamtego czasu? — spytał drugi ochrypłym głosem.
— Kość słoniowa — żachnął się siostrzeniec — całe mnóstwo kości słoniowej w najlepszym gatunku, to wprost nieznośne… wszystko od niego.
— A z kością słoniową? — dopytywał się gruby, dudniący głos.
— Faktury! — wypalił siostrzeniec w odpowiedzi. Zapadło milczenie. Mówili o Kurtzu.
Byłem już wtedy zupełnie rozbudzony, ale leżałem sobie wygodnie bez ruchu, nie mając powodu do zmiany pozycji.
— Jakże ta kość słoniowa przejechała taki kawał drogi? — burknął starszy, widać mocno zirytowany.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Aniela Zagórska.