lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 79

mi szkodzi!
Była jednak pewna strona w tym nagłym postanowieniu, która mu się nie podobała. Oto
zadawał sobie pytanie: czy jadąc z oświadczeniem tak zaraz po uratowaniu panny, nie
będzie podobny do natrętnego wierzyciela, który chce, by mu jak najprędzej i z lichwą
dług spłacono?
- Może to i nie będzie po kawalersku?
Ba! ale za cóż żądać wdzięczności, jeśli nie za usługę? A jeśli ów pośpiech nie pójdzie
po sercu pannie, jeśli się nań skrzywi, to jej przecie można powiedzieć: ?Mościa panno,
rok bym w zaloty jeździł i w ślepki ci patrzył, alem żołnierz, a tam trąby na wojnę
grają!"
- Tak i pojadę! -mówił sobie pan Wołodyjowski.
Lecz po chwili znowu inna myśl przyszła mu do głowy. A jeśli ona odpowie: ?Idźże waćpan
na wojnę, mości żołnierzu, a po wojnie będziesz rok do mnie jeździł i w ślepki mi
patrzył, bo ja człowiekowi, którego nie znam, duszy i ciała od razu nie oddam."
Wtedy wszystko przepadnie.
Źe przepadnie, czuł to pan Wołodyjowski doskonale; bo pominąwszy pannę, którą przez ten
czas inny wziąść może, nie był pan Wołodyjowski pewny własnej stałości. Sumienie mu to
mówiło, że w nim samym afekt zapalał się, bywało, tak jak słoma, ale i gasł jak słoma.
Wtedy wszystko przepadnie!... I kołatajże się dalej, żołnierzu - tułaczu, z obozu do
obozu, z bitwy na bitwę, bez dachu na świecie, bez duszy żywej bliskiej. Rozglądaj się po
wojnie na cztery strony świata, nie wiedząc, gdzie głowę poza cekhauzem złożyć!
Ostatecznie pan Wołodyjowski nie wiedział, co czynić.
Ciasno mu się jakoś uczyniło w pacunelskim dworku i duszno, więc wziął czapkę, by wyjść
trochę na drogę i słońca majowego zażyć. W progu natknął się na jednego z ludzi
Kmicicowych w niewolę wziętych, któren staremu Pakoszowi przypadł w udziale. Kozak grzał
się na słońcu i na bandurze brzdąkał.
- A co ty tu robisz? - pytał pan Wołodyjowski.
- Hraju, pane -odpowiedział Kozak podnosząc wynędzniałą twarz.
- Skąd ty jesteś? - pytał dalej pan Michał, kontent, że ma jakowąś w rozmyślaniach
przerwę.
- Z daleka, pane, spod Zwiahla.
- Czemużeś to nie umknął jako reszta twoich towarzyszów? O, tacy synowie! Darowała was
szlachta życiem w Lubiczu, by mieć robociznę, a wyście zaraz poumykali, ledwie z was łyka
zdjęto.
- Ja nie ucieknę. Tu zdechnę jak sobaka.
Takżeś tu sobie upodobał?
- Komu lepiej na polu, to umyka, a mnie tu lepiej. Ja miał nogę przestrzeloną, a tu mnie
ją obwinęła szlachcianka, starego córka, i dobre słowo rzekła. Takiej ja krasawicy na
oczy nie widział... Na co mnie odchodzić?
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional