lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 714

Upłynęła godzina. Nareszcie wprawne ucho Wołodyjowskiego dosłyszało coś podobnego do
stapania koni po twardej drodze.
- Czuj duch! - rzekł do żołnierzy.
Sam zaś wysunął się na brzeg chaszczów i spojrzał na drogę. Droga błyszczała w księżycu
jak srebrna wstęga, ale nic nie było na niej widać, odgłos kroków końskich zbliżał się
jednak.
- Idą na pewno! -rzekł Wołodyjowski.
I wszyscy ściągnęli jeszcze krócej konie, każdy zatamował oddech; nie było słychać nic
prócz kląskania słowików w olszynie.
Wtem na drodze ukazał się oddział szwedzki, złożony z trzydziestu jeźdźców. Szli z wolna
i dość niedbale, nie w szeregu, ale rozwleczonym pasmem. Źołnierze jedni gawędzili ze
sobą, drudzy pośpiewywali z cicha, bo ciepła noc majowa działała nawet na twarde dusze
żołnierskie. Przeszli, nic nie podejrzewając, tak blisko od stojącego nie opodal brzegu
pana Michała, że mógł zawietrzyć zapach koni i dym lulek, które rajtarowie palili.
Na koniec znikli na zakręcie drogi. Wołodyjowski czekał jeszcze dość długo, aż tętent
zginął w oddaleniu, wówczas dopiero zjechał do oddziału i rzekł do panów Skrzetuskich:
- Pognamy ich teraz jako gęsi do obozu pana kasztelana. Źaden nie powinien ujść, by nie
dał znać!
- Jeśli potem pan Czarniecki nie pozwoli nam się najeść i wyspać-rzekł Zagłoba - to mu
podziękuję za służbę i wracam do Sapia. U Sapia, kiedy bitwa, to bitwa, ale kiedy fryszt,
to i uczta. Źebyś miał cztery gęby, wszystkim dałbyś funkcję przystojną. To mi wódz! I
prawdę rzekłszy, powiedzcie mi, pokiego diabła nie służymy u Sapia, gdy ta chorągiew z
prawa mu przynależy?
- Ojciec, nie bluźnij przeciw największemu wojennikowi w Rzeczypospolitej - rzekł Jan
Skrzetuski.
- Nie ja bluźnię; jeno moje kiszki, na których głód gra jak na skrzypkach.
- Potańcują przy nich Szwedzi - przerwał Wołodyjowski. -Teraz, mości panowie, jedźmy
żywo! Przy onej karczmie w lesie, którąś my w tę stronę jadąc minęli, chciałbym właśnie
na nich nastąpić.
I poprowadził oddział szybciej, ale niezbyt szybko. Wjechali w las gęsty, w którym
ogarnęła ich ciemność. Karczma była o kilkanaście stajań. Zbliżywszy się do niej szli
znów noga za nogą, by zbyt wcześnie alarmu nie dawać. Gdy byli nie więcej już jak na
strzał armatni, doszedł ich gwar ludzki.
- Są i hałasują!-rzekł Wołodyjowski.
Szwedzi istotnie zatrzymali się przy karczmie szukając jakiejś żywej duszy, od której
mogliby zasięgnąć języka. Lecz karczma była pusta. Jedni tedy przetrząsali główną budowę,
inni szukali w oborze, w chlewach, inni podnosili snopki w dachach. Połowa stała na
majdanie trzymając konie tym, którzy szukali.
Oddział Wołodyjowskiego zbliżył się na kroków sto i począł tatarskim półksiężycem otaczać
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional