lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 692

odwalano ręce z mieczami, cięto się bez wytchnienia, cięto bez pardonu, bez miłosierdzia.
Spod wiru ludzi i koni krew strumieniami poczęła spływać po majdanie.
Olbrzymi błękitny sztandar pływał jeszcze nad kołem szwedzkim, lecz kolisko zmniejszało
się z każdą chwilą.
Jak gdy żniwiarze staną z dwóch stron łanu i poczną migotać sierpami, łan niknie, a oni
widzą się coraz bliżej, tak pierścień polski zaciskał się coraz bardziej, tak iż walczący
z jednej strony mogli już dojrzeć krzywe szable walczących po przeciwnej.
Pan Szandarowski szalał jak huragan i wżerał się w Szwedów, jako zgłodniały wilk wżera
się paszczą w mięso świeżo zduszonego konia, lecz jeden jeździec go furią przewyższył, a
było nim owo pacholę, które pierwsze znać dało o Szwedach w Rudniku, a teraz skoczyło
wraz z całą chorągwią na nieprzyjaciela. Księży źrebiec, trzylatek, który dotąd chadzał
spokojnie po gródzi, naciskany przez konie, nie mogąc się wyrwać ze skrzętu, rzekłbyś:
wściekł się jak i pan jego; więc ze tulonymi uszyma, z oczami wyszłymi na wierzch głowy,
z najeżoną grzywą parł naprzód, kąsał, wierzgał, chłopak zaś szablą, jak cepem, machał na
oślep, w prawo, w lewo, od ucha; płowa czupryna spłynęła mu krwią, ostrza rapierów
podziurawiły mu ramiona i uda; twarz miał pociętą, lecz owe rany podniecały go tylko. Bił
się w zapamiętaniu, jak człowiek, który o własnym życiu zdesperował i pragnie tylko
pomścić śmierć swoją.
Tymczasem jednak zastęp szwedzki zmniejszał się jak kupa śniegu, którą polewają ze
wszystkich stron ukropem. Wreszcie koło królewskiego sztandaru zostało się tylko
kilkunastu. Mrowie polskie pokryło ich zupełnie, a oni umierali ponuro, z zaciśniętymi
zębami; żaden rąk nie wyciągnął, żaden nie zawołał o litość.
Wtem w zamęcie rozległy się głosy:
- Chorągiew brać! chorągiew!
Usłyszawszy to pachoł żgnął sztychem źrebca i rzucił się jak płomień naprzód, gdy zaś
każdy z rajtarów stojących przy sztandarze miał na sobie dwóch lub trzech jeźdźców
polskich, chłopak chlasnął chorażego szablą przez gębę, a ten ręce rozkrzyżował i
pochylił się twarzą na grzywę końską.
Błękitny sztandar upadł z nim razem.
Najbliższy rajtar, krzyknąwszy okropnie, chwycił natychmiast za drzewce, zaś chłopak ujął
za płachtę, szarpnął, oddarł w mgnieniu oka, zwinął ją w kłąb i przyciskając obu rękoma
do piersi, począł wrzeszczeć wniebogłosy:
- Mam, nie dam! Mam, nie dam!
Ostatni pozostali rajtarowie rzucili się na niego z wściekłością, jeden pchnął go jeszcze
przez chorągiew i przeszył mu ramię, lecz w tej chwili rozniesiono wszystkich na szablach
w puch.
Za czym kilkanaście krwawych rąk wyciągnęło się ku chłopakowi.
- Chorągiew, dawaj chorągiew! - poczęto wołać.
Szandarowski poskoczył mu z pomocą.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional