lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 669

już chyliło się na szwedzką stronę, gdy nagle spod ciemnej-ściany boru wytoczyła się
druga chorągiew i od razu ruszyła z krzykiem.
Całe prawe skrzydło szwedzkie zwróciło się natychmiast, pod wodzą Swena, czołem ku nowemu
nieprzyjacielowi, w którym wprawni żołnierze szwedzcy poznali husarię.
Wiódł ją mąż siedzący na dzielnym tarantowym koniu, przybrany w burkę i rysi kołpak z
czaplim piórem. Widać go było doskonale, bo jechał z boku, o kilkanaście kroków od
żołnierzy.
- Czarniecki! Czarniecki! - rozległy się wołania w szwedzkich szeregach. Sweno spojrzał z
rozpaczą w niebo, następnie ścisnął kolanami konia i ruszył ławą.
Pan Czarniecki zaś podprowadził husarzy na kilkanaście kroków i gdy szli już w
największym pędzie, sam zawrócił.
Wtem od boru ruszyła trzecia chorągiew, on zaraz doskoczył do niej i podprowadził;
ruszyła czwarta, podprowadził; buławą każdej pokazał, gdzie ma uderzyć, rzekłbyś:
gospodarz prowadzący żniwiarzy i rozdzielający między nich robotę.
Na koniec, gdy wysunęła się piąta, sam stanął na czele i ruszył wraz nią do bitwy.
Lecz już husaria odrzuciła w tył prawe skrzydło i po chwili rozerwała je zupełnie, trzy
zaś następne chorągwie obskoczyły tatarską modą Szwedów i czyniąc krzyk, poczęły siec
zmieszanych żelazem, bóść włóczniami, rozbijać, tratować, a wreszcie gnać wśród wrzasków
i rzezi.
Kanneberg poznał, że wpadł w zasadzkę i jakoby pod nóż wyprowadził swój oddział; nie
chodziło mu już o zwycięstwo, ale chciał przynajmniej jak największą liczbę ludzi ocalić,
więc kazał trąbić na odwrót. Ruszyli zatem Szwedzi całym pędem ku tej samej drodze, którą
od Wielkich Oczu przyjechali, czarniecczykowie zaś jechali na nich tak, że dech polskich
koni ogrzewał szwedzkie plecy.
W tych warunkach i wobec przerażenia, jakie ogarnęło rajtarów, odwrótów nie mógł odbywać
się w porządku, lepsze konie wysforowały się naprzód i wkrótce świetny Kannebergowski
oddział zmienił się w kupę uciekającą bezładnie i wycinaną niemal bez oporu.
Im pogoń dłużej trwała, tym stawała się bezładniejszą, bo i Polacy nie gonili w ordynku,
ale każdy wypuszczał konia, ile pary w nozdrzach, dopadał, kogo chciał, bił, kogo chciał.
Pomieszali się więc jedni z drugimi. Niektórzy polscy żołnierze prześcignęli ostatnie
szwedzkie szeregi i zdarzało się, że gdy towarzysz stawał na strzemionach, by tym
potężniej ciąć uciekającego przed sobą rajtara, sam ginął pchnięty rapierem z tyłu.
Usłała się gęstym szwedzkim trupem droga do Wielkich Oczu, lecz nie tu był termin
gonitwy. I jedni, i drudzy wpadli tym samym impetem do następnego lasu, tam jednak
zdrożone poprzednio konie szwedzkie poczęły ustawać i rzeź stała się jeszcze krwawsza.
Niektórzy rajtarowie poczęli zeskakiwać z koni i zmykać w las, lecz kilkunastu zaledwie
to uczyniło, wiedzieli bowiem z doświadczenia Szwedzi, że w lasach czyhają chłopi, woleli
więc ginąć od szabel niż w straszliwych mękach, których rozwścieczony lud im nie
szczędził.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional