lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 666

Głupi! nie wiedzieli, że szli, jak idą woły na rzeź do bydłobójni!
Wszystko składało się na ich zgubę. Zaledwie przeszli, zaraz saperowie szwedzcy rozebrali
po nich czasowy pomost, by silniejsze dawać belkowanie, po którym by i armaty mogły
przechodzić. Oni zaś skręcili, śpiewając sobie z cicha, ku Wielkim Oczom, hełmy ich
zabłysły jeszcze w słońcu na skrętach raz i drugi, następnie poczęli się zanurzać w bór
gęsty.
Ujechali pół mili -nic! Cisza wkoło, głębiny leśne zdawały się być zupełnie puste. Więc
stanęli, by dać oddech koniom, po czym ruszyli z wolna dalej. Na koniec dotarli do
Wielkich Oczu, w których nie znaleźli żywego ducha.
Pustka ta zdziwiła Kanneberga.
- Widocznie spodziewano nas się tu - rzekł do majora Swena - ale Czarniecki musi być
gdzie indziej, skoro nie urządził nam zasadzki.
- Czy wasza dostojność nakaże odwrót? - zapytał Sweno.
- Pójdziem naprzód, choćby pod sam Lwów, do którego niezbyt daleko. Musim języka dostać i
królowi o Janie Kazimierzu pewną wiadomość przywieźć.
- A jeśli na siły przeważne trafim?
- Choćbyśmy też spotkali i kilka tysięcy tej hałastry, którą oni pospolitym ruszeniem
zowią, przecie z takimi żołnierzami nie damy się rozerwać.
- Ale możem trafić i na regularne wojska. Nie mamy armat, a armaty przeciw nim grunt.
- Tedy w porę się cofniem i królowi o nieprzyjacielu doniesiem. Tych zaś, którzy by nam
chcieli odwrót przeciąć, rozbijem.
- Nocy się boję! -odpowiedział Sweno.
- Zachowamy wszelkie ostrożności. Spyży dla ludzi i koni mamy na dwa dni, nie potrzebujem
się spieszyć.
Jakoż gdy znowu zagłębili się w bór za Wielkimi Oczami, jechali nierównie ostrożniej.
Pięćdziesiąt koni poszło naprzód. Ci jechali z gotowymi muszkietami w ręku, mając wsparte
kolby na udach, i oglądali się bacznie na wszystkie strony. Badali zarośla, chaszcze,
częstokroć przystawali słuchając, czasem zjeżdżali z drogi w bok, by zbadać przybrzeżne
głębie borowe, ni na drodze jednak, ni po bokach nie było nikogo.
Dopiero w godzinę później minąwszy skręt dość nagły, dwóch rajtarów jadących w przodku
ujrzało na czterysta kroków przed sobą jeźdźca na koniu.
Dzień był pogodny i słońce świeciło jasno, więc owego jeźdźca widać było jak na dłoni.
Sam był żołnierzyk niewielki, przybrany bardzo przystojnie i z cudzoziemska. Wydawał się
dlatego zwłaszcza tak mały, że siedział na rosłym bułanym bachmacie, widocznie wielkiej
krwi.
Jeździec jechał sobie z wolna, jakby nie widząc, że wojsko za nim wali. Powodzie wiosenne
powyrywały w drodze głębokie rowy, w których szumiała mętna woda. Owóż jeździec zdzierał
przed rowami rumaka, a ten przesadzał je ze sprężystością jelenia i znów szedł truchtem,
rzucając łbemi parskając od czasu do czasu rzeźwo.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional