lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 665

zająć, i wrócił nie tylko z niczym, ale i poszarpany. Katastrofa zbliżała się z wolna,
ale nieubłaganie. Wszystkie wieści, jakie przychodziły do szwedzkiego obozu, były tylko
jej zapowiedzią. Co dzień zaś nadchodziły nowe, coraz groźniejsze.
- Sapieha idzie, już jest w Tomaszowie! - powtarzano jednego dnia.
- Pan Lubomirski wali z Podgórza z wojskiem i góralami! - mówiono nazajutrz.
I znów potem :
- Król wiedzie kwartę i sto tysięcy ordy! Z Sapiehą się połączył!
Były między tymi "awizami klęski i śmierci" nieprawdziwe i przesadzone, ale wszystkie
szerzyły przerażenie. Duch w armii upadł. Dawniej, ilekroć Karol własną osobą pojawiał
się przed pułkami, tylekroć witały go okrzyki, w których brzmiała nadzieja zwycięstwa,
teraz pułki stały przed nim głuche i nieme. Za to u ognisk zgłodniały i strudzony na
śmierć żołnierz więcej szeptał o Czarnieckim niż o własnym królu. Widziano go wszędzie. I
rzecz szczególna! Gdy przez parę dni nie zginął żaden podjazd, gdy kilka nocy upłynęło
bez alarmów, bez okrzyków: "Ałła!" i "Bij, zabij!" - niepokój powstawał jeszcze większy.
- Czarniecki ucichł. Bóg wie, co gotuje! - powtarzali żołnierze.
Karol zatrzymał się przez kilka dni w Jarosławiu, namyślając się, co ma począć. Przez ten
czas ładowano na szkuty chorych żołnierzy, których w obozie było mnóstwo, i wysyłano
rzeką do Sandomierza, jako do najbliższego warownego grodu zostającego jeszcze w
szwedzkim ręku. Po ukończeniu nowej roboty, gdy właśnie nadbiegły wieści o ruszeniu się
Jana Kazimierza ze Lwowa, postanowił król szwedzki sprawdzić, gdzie istotnie Jan
Kazimierz się znajduje.
W tym celu pułkownik Kanneberg z tysiącem jazdy przeszedł San i ruszył ku wschodowi.
- Być może, iż losy wojny i nas wszystkich masz w ręku - rzekł mu na odjezdnym król.
A i naprawdę siła od tego podjazdu zależało, albowiem w najgorszym razie powinien był
Kanneberg zaopatrzyć obóz w prowiant: w razie zaś gdyby się na pewno wywiedział, gdzie
Jan Kazimierz się znajduje, miał król szwedzki natychmiast ruszyć z całą siłą przeciw
Dariuszowi polskiemu, rozbić jego wojska, a zdarzy się, to i samego w ręce dostać.
Dano więc Kannebergowi najprzedniejszych żołnierzy i najlepsze konie. Czyniono wybór tym
staranniej, że pułkownik nie mógł ze sobą brać ni piechoty, ni armat, musiał więc mieć
takich ludzi, którzy by mogli w otwartym polu z szablą w ręku stawić czoło polskiej
jeździe.
Dnia 20 marca podjazd wyszedł. Gdy przechodzili przez most, mnóstwo oficerów i żołnierzy
żegnało ich przy naczółku: "Bóg prowadź! Bóg daj wiktorię! Bóg daj szczęśliwy powrót!"
Oni zaś szli długim sznurem, bo przecie było ich tysiąc, a szli dwójkami, po świeżo
wykończonym moście, którego jedno przęsło, jeszcze nie ukończone, było jako tako dla nich
pokryte deskami, ażeby tylko przejść mogli.
Dobra nadzieja świeciła im w twarzach, bo byli wyjątkowo syci. Innym odjęto, a ich
nakarmiono, i gorzałki nalano im do manierek. Więc też jadąc pokrzykiwali wesoło i mówili
do zgromadzonych przy naczółku żołnierzy:
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional