lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 663

na borowinie Małopolski, cieszył się z owej stateczności chłodów, twierdząc, że wyginą od
nich myszy polne i Szwedzi. Lecz wiosna, o ile nie przychodziła długo, o tyle potem
nastąpiła tak nagle, jak pancerna chorągiew idąca do ataku na nieprzyjaciela. Słońce
sypnęło z nieba żywym ogniem i wraz pękła zimowa skorupa; od węgierskich stepów
przyleciał wiatr duży a ciepły i jął chuchać na łąki, pola i puszcze. Wnet też wśród
kałuż świecących zaczerniała orna ziemia, ruń zielona strzeliła na niskich porzeczach, a
lasy poczęły płakać łzami z roztopionej okiści.
Na pogodnym wciąż niebie codziennie widać było sznury żurawi, dzikich kaczek, cyranek i
gęsi. Przyleciały bociany na zeszłoroczne koła, a podstrzesza zaroiły się jaskółkami,
rozległ się świergot ptactwa przy wsiach, wrzaski po lasach i stawach, a wieczorami cała
kraina brzmiała rzechotem i kumkaniem żab pławiących się z rozkoszą w wodzie.
Za czym przyszły dżdże wielkie, a jakoby ugrzane, i padały dniem, padały nocą. bez
przerwy.
Pola zmieniły się w jeziora, rzeki wezbrały, brody stały się nieprzebyte, nastąpiła
"klejowatość i niesposobność dróg błotnistych".
Wśród tych wód, błot i topieli wlokły się wciąż ku południowi zastępy szwedzkie.
Lecz jakże mało ów tłum, idący jakby na zatracenie, podobny był do owej świetnej armii,
która swego czasu wkroczyła pod Wittenbergiem do Wielkopolski. Głód powyciskał sine
pieczęcie na twarzach starych wojowników; więc szli, do mar niż do ludzi podobniejsi, w
zmartwieniu, trudzie, bezsenności, wiedząc, że na końcu drogi nie jadło ich czeka, ale
głód, nie sen, lecz bitwa, a jeśli odpoczynek, to chyba odpoczynek śmierci.
Przybrane w żelazo kościotrupy jeźdźców siedziały na kościotrupach koni. Piechurowie
zaledwie nogi wlekli, zaledwie drżącymi rękoma mogli utrzymać dzidy i muszkiety. Dzień
uchodził za dniem, oni ciągle szli naprzód. Wozy łamały się, armaty grzęzły w topieli;
szli tak wolno, że czasem ledwie przez cały dzień milę ujść zdołali. Choroby rzuciły się
na żołnierzy jak kruki na trupa; jedni szczękali zębami z febry, drudzy kładli się po
prostu z osłabienia na ziemi, woląc umierać niż iść dalej.
Lecz szwedzki Aleksander ścigał wciąż polskiego Dariusza.
Jednocześnie zaś sam był ścigany. Jak za chorym bawołem idą nocą szakale, czekając,
rychło z nóg się zwali, a on wie, że padnie, i. słyszy już wycia głodnego stada, tak za
Szwedami szły "partie" szlacheckie i chłopskie, coraz bliżej następując, coraz zuchwalej
napadając i szarpiąc.
Wreszcie nadciągnął najstraszniejszy ze wszystkich Czarniecki i szedł tuż. Tylne straże
szwedzkie, ile razy obejrzały się za siebie, widziały zawsze jeźdźców, czasem daleko na
krańcu widnokręgu, czasem o staje, czasem o dwa strzały z muszkietu, czasem, gdy
atakował, nad samym karkiem.
Nieprzyjaciel chciał bitwy. Z rozpaczą modlili się o nią Szwedzi do Pana Zastępów, lecz
Czarniecki bitwy nie przyjmował: czekał pory-tymczasem wolał szarpać lub puszczać z ręki
pojedyncze partie, jakby sokoły na ptastwo wodne.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional