lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 656

Ruszyli wszyscy. Mury były jako kwieciem żołnierzami ubrane. Pułki piechoty tak świetnej,
jakiej nie było w całej Rzeczypospolitej, stały w gotowości jeden obok drugiego, z
muszkietami w ręku i oczyma zwróconymi ku polom. Mało służyło w nich cudzoziemców, ledwie
trochę Prusaków i Francuzów, głównie zaś chłopi ordynaccy. ud rosły, dorodny, któren gdy
go w barwiste kolety przybrano i na modłę cudzoziemską wyćwiczono, bił się tak dobrze jak
najlepsi kromwelowscy Anglicy. Szczególnie tędzy byli, gdy po strzałach przyszło rzucić
się wręcz na nieprzyjaciela. I teraz wyglądali Szwedów niecierpliwie, pomni dawniejszych
swych nad Chmielnickim tryumfów. Przy działach, których długie szyje wyciągały się jakoby
z ciekawością przez blanki ku polom, służyli przeważnie Flamandowie, do ognistej służby
najprzedniejsi. Za fortecą już, z tamtej strony fosy, kręciły się chorągwie lekkiej
jazdy, same bezpieczne, bo pod osłoną dział i schroniska pewne, a mogące w każdej chwili
skoczyć, gdzie trzeba.
Starosta kałuski objeżdżał mury w szmelcowanej zbroi, z pozłocistym buzdyganem w ręku, i
co chwila pytał:
- A co, nie widać jeszcze?
I klął pod nosem, gdy mu zewsząd odpowiadano, że nie widać. Po chwili jechał w inną
stronę i znowu pytał:
- A co? Nie widać?
Tymczasem trudno było coś widzieć, bo trochę mgły wisiało w powietrzu. Dopiero koło
dziesiątej rano zaczęła opadać. Niebo błękitne zaświeciło nad głowami, widnokrąg wyjaśnił
się, i zaraz też na zachodniej stronie murów poczęto wołać :
- Jadą! jadą! jadą!
Pan starosta, a z nim pan Zagłoba i trzej przyboczni oficerowie starosty wstąpili żywo na
anguł murów, z którego widok był daleki, i poczęli patrzyć przez perspektywy. Nieco mgły
leżało jeszcze przy ziemi, ale wojska szwedzkie, idące od Wielączy, zdawały się brodzić
do kolan w owym tumanie, jak gdyby wynurzały się z wód rozległych. Bliższe pułki bardzo
już były wyraźne, tak że gołym okiem można było rozróżnić piechotę, idącą głębokimi
szeregami, i zastępy rajtarskie; dalsze natomiast przedstawiały się jakoby kłęby kurzawy
ciemnej, toczącej się ku miastu. Z wolna przybywało coraz więcej pułków, armat, jazdy.
Widok był piękny. Ze środka każdego czworoboku piechurów sterczał w górę niezmiernie
regularny czworobok włóczni; między nimi wiewały chorągwie różnych barw, a najwięcej
błękitnych z białymi krzyżami i błękitnych ze złotymi Iwami. Zbliżyli się jeszcze
bardziej. Na murach było cicho, więc powiew wiatru niósł od nich skrzyp kół, chrzęst
zbroi, tętent koni i przytłumiony gwar głosów ludzkich. Doszedłszy na dwa strzały ze
śmigownicy, poczęli się rozciągać przed fortecą. Niektóre czworoboki piechoty rozsypały
się w bezładne roje. Widocznie zabierali się do roztasowywania namiotów i do sypania
szańczyków.
- Ot i są! - rzekł pan starosta.
- Są psubraty! -odrzekł Zagłoba.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional