lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 643

Lecz na szańczykach, ku którym dążył Kmicic, brzmiały także okrzyki. Kilka stosów drzewa
paliło się na nich, rozrzucając blask silny. Przy onym blasku dojrzał pan Andrzej
piechurów strzelających z rzadka, więcej patrzących przed się w pole, na którym jazda
ucierała się z wolentarzami.
Dojrzano i jego ze szańców, lecz zamiast strzałami, przywitano nadciągający oddział
gromkim okrzykiem. Źołnierze sądzili, że to książę Bogusław przysyła im pomoc.
Lecz gdy zaledwie sto kroków dzieliło nadjeżdżającą gromadę od szańców, piechota poczęła
ruszać się w nich niespokojnie; coraz więcej żołnierzy, przykrywając rękoma czoła,
patrzyło, co za lud nadjeżdża.
Wtem na kroków pięćdziesiąt straszliwe wycie targnęło powietrzem i oddział rzucił się jak
burza, ogarnął piechotę, otoczył ją pierścieniem i cała ta masa ludzi poczęła się
poruszać konwulsyjnie. Rzekłbyś: olbrzymi wąż dusi upatrzoną ofiarę.
W kupie owej brzmiały rozdzierające wrzaski: - Ałła! Herr Jesus! Mein Gott!
Za szańcami brzmiały nowe okrzyki, bo wolentarze, choć w słabszej liczbie, poznawszy, iż
pan Babinicz już w szańcach, natarli z wściekłością na jazdę. Tymczasem niebo, które
chmurzyło się już od niejakiego czasu, jako zwyczajnie na wiosnę, lunęło gęstym
niespodzianym dżdżem. Stosy płonące zagasły i walka trwała w ciemnościach.
Lecz nie trwała już długo. Napadnięci znienacka Bogusławowi piechurowie poszli pod nóż.
Jazda, w której dużo było swoich ludzi, złożyła broń. Obcych, mianowicie sto dragonii, w
pień wycięto.
Gdy księżyc wychynął się znów zza chmur, oświecił tylko gromady Tatarów docinających
rannych i biorących łup.
Lecz nie trwało to długo. Rozległ się przeraźliwy głos piszczałki: Tatarzy i wolentarze
jak jeden człowiek skoczyli na koń.
- Za mną! -krzyknął Kmicic.
I poprowadził ich jak wicher do Janowa.
W kwadrans później podpalono nieszczęsną osadę w czterech rogach, a w godzinę jedno morze
płomieni rozlało się tak szeroko, jak starczyło Janowa. Nad pożogą wylatywały ku
czerwonemu niebu słupy skier ognistych.
Tak pan Kmicic dawał znać hetmanowi, iż wziął tył Bogusławowemu wojsku.
Sam zaś, jak kat od krwi ludzkiej czerwony, szykował wśród płomieni swych Tatarów, aby
powieść ich dalej.
Już stanęli w ordynku i wyciągnęli się w ławę, gdy nagle, na polu oświeconym jak w dzień
pożarem, ujrzeli przed sobą oddział olbrzymiej rajtarii elektorskiej.
Wiódł ją rycerz, widny z daleka, bo w srebrne blachy ubrany i siedzący na białym koniu.
- Bogusław! -ryknął nieludzkim głosem Kmicic i runął z całą tatarską ławą naprzód.
Szli więc ku sobie jako dwie fale dwoma wichrami gnane. Przestrzeń dzieliła ich znaczna,
więc konie po obu stronach wzięły pęd największy i szły ze stulonymi uszami wyciągnięte
jak charty, ziemię niemal brzuchami szorując. Z jednej strony lud olbrzymi, w
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional