lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 633

znak pułkownikowski, więc diabeł począł mu zaraz wichrzyć w mózgu i szeptać:
- Krzyknij mu w ucho, ktoś jest, i rozbij łeb w drzazgi... Noc ciemna... wydostaniesz
się... Kiemlicze z tobą. Zdrajcę zgładzisz, za krzywdy zapłacisz... Uratujesz Oleńkę,
Sorokę... Bij! Bij!...
Kmicic zbliżył się jeszcze bliżej do lektyki i drżącą ręką począł wyciągać zza pasa
buzdygan.
- Bij!... - szeptał diabeł. - Ojczyźnie się przysłużysz...
Kmicic wyciągnął już buławę i ścisnął za rękojeść, jakby ją chciał rozgnieść w dłoni.
- Raz, dwa, trzy!.. -szepnął diabeł.
Lecz w tej chwili koń jego, czy to że uderzył nozdrzami w hełm drabanta, czy przestraszył
się, dość, że zarył nagle kopytami w ziemię, potem potknął się silnie; Kmicic poderwał go
cuglami. Przez ten czas lektyka oddaliła się o kilkanaście kroków.
A junakowi włos stanął dębem na głowie.
- Matko Najświętsza, trzymaj mi rękę! - szepnął przez zaciśnięte zęby. - Matko
Najświętsza, ratuj! Jam tu poseł, ja od hetmana przyjeżdżam, a chcę jako zbój nocny
mordować... Jam szlachcic, jam sługa Twój... Nie wódźże na pokuszenie!
- A czego to waść marudzisz? - ozwał się przerywany przez febrę głos Bogusława.
- Jestem już!
- Słyszysz waść... kury po zapłociach pieją... Trzeba się spieszyć, bom też chory i
odpocznienia potrzebuję.
Kmicic zasadził buzdygan za pas i jechał dalej w pobliżu lektyki. Jednakże nie mógł
odzyskać spokoju. Rozumiał, że tylko zimną krwią i panowaniem nad sobą zdoła uwolnić
Sorokę; dlatego układał sobie z góry, jakimi słowy ma przemówić do księcia, aby go
skłonić i przekonać. Przysięgał więc sobie, że tylko Sorokę mieć będzie na uwadze, że o
niczym innym ani wspomni, a zwłaszcza o Oleńce.
I czuł, jak w ciemności gorące rumieńce oblewają mu twarz na myśl, że może sam książę
wspomni o niej, a może wspomni coś takiego, czego nie będzie mógł pan Andrzej przetrzymać
ani wysłuchać.
- Niechże jej nie tyka - mówił sobie w duszy - niech jej nie tyka, bo w tym jego śmierć i
moja... Niech nad sobą samym ma miłosierdzie, jeżeli mu sromu nie starczy...
I cierpiał okrutnie pan Andrzej; w piersiach nie stawało mu powietrza, a gardło tak miał
ściśnięte, iż bał się, że gdy przyjdzie mówić, słowa nie zdoła z siebie wydobyć. W tym
ucisku dusznym począł litanię odmawiać.
Po chwili przyszła nań ulga, uspokoił się znacznie i owa niby obręcz żelazna, która
gniotła mu krtań, sfolżała.
Tymczasem przyjechali do książęcej kwatery. Drabanci postawili lektykę; dwóch rękodajnych
dworzan wzięło księcia pod ramiona; on zaś zwrócił się do Kmicica i szczękając ciągle
zębami, rzekł:
- Proszę za sobą... Paroksyzm zaraz minie... Będziem się mogli rozmówić.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional