lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 581

tego doszło, że Kmicic Chowańskiego sztućcami jadał, na jego kobierczyku sypiał, jego
saniami i na jego koniu jeździł. Ale potem i dla swoich był ciężki, swawolił okrutnie,
kondemnatami instar pana Łaszcza mógł sobie kierejkę podszyć, a już w Kiejdanach całkiem
się pogrążył.
Tu pan Wołodyjowski opowiedział szczegółowo wszystko, co zaszło w Kiejdanach.
Jan Kazimierz zaś słuchał chciwie, a gdy wreszcie doszedł pan Michał do tego, jak pan
Zagłoba uwolnił naprzód siebie, a potem wszystkich kompanionów z radziwiłłowskiej
niewoli, począł się król za boki brać ze śmiechu.
- Vir incomparabilis! vir incomparabilis! - powtarzał. - A jestże on tu z tobą?
- Na rozkazy waszej królewskiej mości! - odpowiedział Wołodyjowski.
- Ulissesa ten szlachcic przeszedł! Przyprowadźże mi go do stołu na wesołą chwilę i panów
Skrzetuskich z nim razem, a teraz powiadaj, co wiesz więcej o Kmicicu?
- Z listów przy Rochu Kowalskim znalezionych dowiedzieliśmy się dopiero, iż po śmierć nas
do Birżów posyłano. Gonił nas jeszcze książę i wojskiem starał się otoczyć, ale nie
przykrył. Wymknęliśmy się szczęśliwie... I nie dość, bośmy niedaleko Kiejdan Kmicica
złapali, którego zaraz na rozstrzelanie ordynowałem.
- Oj! - rzekł król. - To, widzę, prędko tam u was na Litwie szło!
- Wszelako przedtem pan Zagłoba kazał go obszukać, jeśli jakowych listów przy sobie nie
ma. Jakoż znalazło się pismo hetmańskie, z którego dowiedzieliśmy się, że gdyby nie
Kmicic, to by nas do Birżów nie wywożono, ale nie mieszkając, w Kiejdanach rozstrzelano.
- A widzisz! -wtrącił król.
- Po tym tedy nie godziło nam się więcej na żywot jego nastawać. Puściliśmy go... Co
dalej czynił, nie wiem, ale od Radziwiłła jeszcze nie odszedł. Bóg raczy wiedzieć, co to
za człowiek... Łatwiej o każdym innym mieć opinię niż o takim wichrze. Przy Radziwille
został, potem gdzieś jechał... I znowu ostrzegł nas, iż książę z Kiejdan ciągnie. Trudno
negować, jak znaczną nam przysługę oddał, bo gdyby nie owo ostrzeżenie, byłby wojewoda
wileński na ubezpieczone wojska napadał i pojedynczo chorągwie znosił... Sam nie wiem,
miłościwy panie, co mam myśleć... Jeśli to oszczerstwo, co książę Bogusław powiadał...
- Zaraz się to okaże - rzekł król. I zaklaskał w dłonie.
- Zawołaj tu pana Babinicza - rzekł do pazia, który ukazał się w progu.
Paź zniknął, a po chwili drzwi komnaty królewskiej otwarły się i stanął w nich pan
Andrzej. Pan Wołodyjowski nie poznał go zrazu, był bowiem młody rycerz bardzo zmieniony i
wybladły, jako że od ostatniej walki w wąwozie nie mógł jeszcze przyjść do siebie.
Patrzył tedy na niego pan Michał nie poznawając.
- Dziw! - ozwał się wreszcie - gdyby nie chudość gęby i nie to, że wasza królewska mość
inne powiedziała nazwisko, rzekłbym: pan Kmicic!
Król uśmiechnął się i odrzekł:
- Opowiadał mi tu właśnie ów mały rycerz o jednym okrutnym hultaju, który się tak
nazywał, ale jam mu jako na dłoni wywiódł, że się w swym sądzie pomylił, i pewien jestem,
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional