lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 527

palą i ludzi mordują!
- Stójcie na Boga!... co gadacie?... Skąd oni się tam wzięli?
- Oni, panoczku, na naszego króla czatowali. Siła ich, siła! Niechże go Matka Boska ma w
swej opiece!
Tyzenhauz stracił na chwilę głowę.
- Ot, co jechać w małej kupie! - krzyknął na Kmicica - bogdaj cię za takową radę zabito!
Lecz Jan Kazimierz począł sam wypytywać uciekających.
- A gdzie król? -spytał. - Król poszedł w góry z wielkim wojskiem i dwa dni temu przez
Źywiec przejeżdżał, ale oni go naścigli i tam się gdzieś wedle Suchej bili... Nie wiemy,
czy go dostali, czy nie, ale dziś pod wieczór do Źywca wrócili i palą, mordują...
- Jedźcie z Bogiem, ludzie! - rzekł Jan Kazimierz.
Uciekający przemknęli szybko.
- Ot, co by nas było spotkało, gdybyśmy z dragonami jechali! - zawołał Kmicic.
- Miłościwy królu! - ozwał się ksiądz biskup Gębicki - nieprzyjaciel przed nami... Co nam
czynić?
Wszyscy otoczyli króla naokoło, jakby go chcieli osobami swymi od nagłego
niebezpieczeństwa zasłonić, lecz on spoglądał na łunę, która odbijała się w jego
źrenicach, i milczał; nikt też pierwszy nie wyrywał się ze zdaniem, tak ciężko było coś
dobrego poradzić.
- Gdym wyjeżdżał z ojczyzny, świeciła mi łuna - rzekł wreszcie Jan Kazimierz - gdy
wjeżdżam, druga mi świeci...
I znowu nastało milczenie, tylko dłuższe jeszcze niż poprzednio.
- Kto ma jakową radę? - spytał na koniec ksiądz Gębicki.
Wtem zabrzmiał głos Tyzenhauza, pełen goryczy i urągania:
- Kto się nie wahał osoby pańskiej na szwank wystawić, kto namawiał, by król bez straży
jechał, ten niech teraz rady udzieli!
W tej chwili jeden jeździec wysunął się z koła; był to Kmicic.
- Dobrze - rzekł.
I podniósłszy się w strzemionach, krzyknął, zwróciwszy się ku stojącej opodal czeladzi:
- Kiemlicze, za mną!
To rzekłszy puścił konia w cwał, a za nim trzech jeźdźców pomknęło co tchu w piersiach
końskich.
Krzyk rozpaczy wydobył się z piersi pana Tyzenhauza.
- To zmowa! - rzekł - zdrajcy znać dadzą! Mości królu, ratuj się, póki czas, bo i wąwóz
wkrótce nieprzyjaciel zamknie! Mości królu, ratuj się! nazad! Nazad!
- Wracajmy, wracajmy! - zawołali jednogłośnie biskupi i dygnitarze.
Lecz Jan Kazimierz zniecierpliwił się, z ócz poczęły iść mu błyskawice, nagle wydobył
szpadę z pochwy i zawołał:
- Nie daj Bóg, abym z własnej ziemi drugi raz miał uchodzić! Niech się stanie, co ma być,
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional