lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 504

- To jest król.
- Na Boga żywego! -zawołał Kmicic.
Lecz w tej chwili król się podniósł, bo ksiądz zaczynał właśnie czytać ewangelię.
Pan Andrzej ujrzał twarz wymizerowaną, żółtą i przezroczystą jak wosk kościelny. Oczy
królewskie były wilgotne, a powieki zaczerwienione. Rzekłbyś, całe losy kraju odbiły się
na tej szlachetnej twarzy, tyle w niej było bólu, cierpienia, troski. Noce bezsenne,
rozdzielane między modlitwę a zmartwienie, zawody okrutne, tułactwo, opuszczenie,
upokorzony majestat tego syna, wnuka i prawnuka potężnych królów, gorycz, którą tak
obficie napawali go właśni poddani, niewdzięczność kraju, dIa którego gotów był krew i
życie poświęcić, wszystko to można było jak w księdze w tym obliczu wyczytać. A jednak
biła z niego nie tylko rezygnacja zdobyta przez wiarę i modlitwę, nie tylko majestat
króla i bożego pomazańca, ale taka dobroć wielka, niewyczerpana, iż widać było, że dość
będzie największym odstępcom, najbardziej winnym wyciągnąć tylko ręce do tego ojca, a ten
ojciec przyjmie, przebaczy i krzywd własnych zapomni.
Kmicicowi na jego widok zdawało się, że ktoś mu żelazną dłonią ścisnął serce. Źal zawrzał
w gorącej duszy junaka. Skrucha, litość i cześć oddech zaparły mu w gardle, poczucie winy
niezmiernej podcięło mu kolana, aż drżeć począł na całym ciele, i nagle nowe, nieznane
uczucie powstało mu w piersi. Oto w jednej chwili pokochał tak ten bolesny majestat, że
uczuł, iż nie ma nic droższego na ziemi całej od tego ojca i pana, że gotów za niego
poświęcić krew, życie, znieść torturę i wszystko w świecie. Chciałby się do tych nóg
rzucić, kolana objąć i prosić o odpuszczenie win. Szlachcic, zuchwały warchoł, zmarł w
nim w jednej chwili, a urodził się regalista oddany duszą całą swemu królowi.
- To nasz pan! nasz pan nieszczęsny! - powtarzał sobie, jakby ustami chciał dać
świadectwo temu, co widziały jego oczy, a czuło serce.
Tymczasem Jan Kazimierz po ewangelii klęknął znowu, ręce rozłożył, oczy wzniósł ku górze
i pogrążył się w modlitwie. Ksiądz wreszcie odszedł, począł się ruch w kościele, król
klęczał ciągle.
Aż ów szlachcic, którego Kmicic zaczepił, trącił teraz w bok pana Andrzeja.
- A coś waćpan za jeden? - spytał.
Kmicic nie od razu zrozumiał pytanie i nie zaraz odpowiedział, tak dalece serce jego i
umysł były osobą królewską zajęte.
- A coś waćpan za jeden? - powtórzył ów personat.
- Szlachcic jako i waszmość! - odrzekł pan Andrzej zbudziwszy się jakby ze snu.
- Jakże cię zowią?
- Jak mnie zowią? Zwę się Babinicz, a jestem z Litwy, spod Witebska.
- A jam jest Ługowski, dworski królewski!... Proszę, to waćpan aż z Litwy, spod Witebska
jedziesz?
- Nie... Jadę z Częstochowy.
Pan Ługowski aż zaniemówił na chwilę ze zdziwienia.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional