lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 468

Na szczęście, boki rowu nie były zbyt spadziste, a oprócz tego nasyp świeżo uczyniony,
lubo polewany wodą, nie zdołał zamarznąć, gdyż od niejakiego czasu panowała odwilż.
Wymiarkowawszy to wszystko Kmicic począł drążyć cicho dziury w pochyłości szańca i piąć
się z wolna ku armacie.
Po kwadransie pracy zdołał ręką chwycić się za otwór armaty. Przez chwilę zawisnął w
powietrzu, lecz niepospolita jego siła pozwoliła mu utrzymać się tak, dopóki nie zasunął
kiszki w paszczę armaty.
- Naści, piesku, kiełbasy! - mruknął - tylko się nią nie udław.
To rzekłszy spuścił się na dół i począł szukać sznurka, który przyczepiony do
zewnętrznego końca kiszki, zwieszał się w rów.
Po chwili zmacał go ręką. Lecz teraz przychodziła największa trudność, bo należało
skrzesać ognia i sznurek zapalić.
Kmicic zatrzymał się przez chwilę, czekając, aż szmer nieco większy uczyni się między
żołnierzami na szańcu.
Na koniec począł uderzać z lekka krzesiwkiem w krzemień.
Lecz w tej chwili nad głową jego rozległo się w niemieckim języku pytanie:
- A kto tam w rowie?
- To ja, Hans! -odrzekł bez wahania Kmicic - stempel mi diabli do rowu wzięli, więc
krzeszę ogień, by go znaleźć.
- Dobrze, dobrze -odrzekł puszkarz. - Szczęście, że się nie strzela, bo samo powietrze
łeb by ci urwało.
?Aha! -pomyślał Kmicic - więc kolubrynka, prócz mego naboju, ma jeszcze swój własny. Tym
lepiej."
W tej chwili wysiarkowany sznurek zajął się i delikatne iskierki poczęły biec ku górze po
jego suchej powierzchni.
Czas był zmykać. Kmicic więc puścił się, nie tracąc minuty, wzdłuż rowu, co sił w nogach,
nie bardzo już zważając na hałas, jaki czynił. Lecz gdy ubiegł jakieś dwadzieścia kroków,
ciekawość przemogła w nim poczucie straszliwego niebezpieczeństwa.
?Nuż sznurek zgasł, wilgoć jest w powietrzu!" - pomyślał.
I zatrzymał się. Rzuciwszy za siebie spojrzenie ujrzał jeszcze iskierkę, ale już
nierównie wyżej, niż ją zostawił.
?Ej, czy ja nie za blisko?" - rzekł sobie i strach go zdjął.
Puścił się znowu całym pędem; nagle trafił na kamień - upadł. Wtem huk straszliwy rozdarł
powietrze; ziemia zakolebała się, rozrzucone szczątki drzewa i żelaza, kamienie, bryły
lodu, ziemi zaświstały mu koło uszu i tu skończyły się jego wrażenia.
Potem rozległy się nowe, kolejne wybuchy. To jaszcze z prochem, stojące w pobliżu
kolubryny, eksplodowały od pierwszego wstrząśnienia.
Lecz pan Kmicic już tego nie słyszał, leżał bowiem jak martwy w rowie.
Nie słyszał również, jak po chwili głuchej ciszy rozległy się jęki ludzkie, krzyki i
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional