lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 463

I gdy ksiądz Kordecki skwapliwie usunął świecę, pan Andrzej położył na stole kiszkę długą
na półtorej stopy, a grubą jak ramię tęgiego męża, uszytą ze smolistego płótna i
wyładowaną do twarda prochem. Z jednego jej końca zwieszał się długi sznurek ukręcony z
kłaków przesyconych siarką.
- No! - rzekł - jak onej kolubrynie tę dryjakiew w gębę włożę i sznureczek podpalę, to
jej się brzuch rozpęknie!
- Lucyper by się rozpękł! - zakrzyknął pan Czarniecki.
Lecz wspomniał, że nieczystego imienia lepiej nie wymawiać, i uderzył się w gębę.
- A czymże sznureczek zapalisz? - spytał ksiądz Kordecki.
- W tym jest całe periculum wyprawy, bo muszę ogień krzesać. Mam krzemień grzeczny, hubkę
suchą i krzesiwo z przedniej stali, ale hałas się uczyni i mogą coś pomiarkować. Sznurka,
mam nadzieję, że już nie ugaszą, bo będzie wisiał armacie u brody i ciężko go nawet
będzie dostrzec, zwłaszcza że się będzie tlił chciwie, ale za mną mogą się w pogoń
puścić, a ja prosto do klasztoru nie mogę uciekać.
- Czemu nie możesz? - pytał ksiądz.
- Bo wybuch by mnie zabił. Jak tylko skrę na sznurku zobaczę, muszę zaraz w bok pyżgać,
co siły w nogach, i ubiegłszy z pół sta kroków, pod szańcem na ziemi przypaść. Dopiero po
wybuchu będę rwał ku klasztorowi.
- Boże, Boże, ileż to niebezpieczeństw! - rzekł przeor wznosząc oczy ku niebu.
- Ojcze kochany, tak jestem pewien, że do was wrócę, że się mnie nawet rzewliwość nie
ima, która w podobnej okazji powinna mnie ułapić. Ale nic to! Bądźcie zdrowi i módlcie
się, żeby mi Pan Bóg pofortunił. Odprowadźcie mnie jeno do bramy!
- Jakże to? Zaraz chcesz iść? - pytał pan Czarniecki.
- Mamże czekać, aż rozednieje albo aż mgła opadnie? Czy to mi głowa niemiła?
Lecz nie poszedł tej nocy pan Kmicic, bo właśnie kiedy doszli do bramy, jak na złość
ciemność poczęła się rozjaśniać. Słychać było przy tym jakiś ruch przy olbrzymim dziale.
Nazajutrz z rana przekonali się oblężeńcy, że przetoczono je w inne miejsce. Odebrali
podobno Szwedzi jakoweś doniesienie o wielkiej słabości muru nieco opodal, na zawrocie,
koło południowej baszty, i tam postanowili skierować pociski. Może i ksiądz Kordecki nie
był obcy tej sprawie, gdyż poprzedniego dnia widziano starą Kostuchę wychodzącą z
klasztoru, używano zaś jej głównie, gdy chodziło o rozsiewanie między Szwedami fałszywych
doniesień. Bądź co bądź, był to z ich strony błąd, bo oblężeńcy mogli tymczasem naprawić
w dawnym miejscu mur, silnie już nadwątlony, a czynienie nowego wyłomu musiało znów
zabrać kilka dni.
Noce ciągle były jasne, dni zgiełkliwe. Strzelano ze straszliwą usilnością. Duch
zwątpienia znów zaczął przelatywać nad oblężonymi. Byli tacy między szlachtą, którzy po
prostu chcieli się poddać; niektórzy zakonnicy stracili także serce. Opozycja nabierała
siły i powagi. Ksiądz Kordecki stawiał jej czoło z niepohamowaną energią, ale zdrowie
jego poczęło szwankować. Tymczasem Szwedom nadchodziły nowe posiłki i transporta z
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional