lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 433

górę. Ślady walki widniały wszędzie: niżej, pod działami, walały się poprzewracane
namioty; niektóre stały jeszcze otwarte, puste, ciche.
Stosy ciał leżały szczególniej pomiędzy namiotami; trupy półnagie, obdarte, z
wytrzeszczonymi oczyma, z przerażeniem zakrzepłym w martwych źrenicach, okropny
przedstawiały widok. Widocznie wszyscy ci ludzie zostali pochwyceni w głębokim śnie;
niektórzy nie byli obuci, mało który zaciskał rapier w martwej dłoni, żaden prawie nie
miał ni hełmu, ni kapelusza. Jedni leżeli w namiotach, zwłaszcza od strony wejścia, ci
widocznie zaledwie zdołali się przebudzić; drudzy przy samych skrzydłach namiotów,
chwyceni przez śmierć, w chwili gdy chcieli się ratować ucieczką. Wszędy tyle ciał, a w
niektórych miejscach takie stosy, iż można by sądzić, że to jaki kataklizm natury pobił
owych żołnierzy, lecz rany głębokie w twarzach i piersiach, niektóre oblicza zaczernione
od wystrzałów tak bliskich, że wszystek proch nie zdołał zgorzeć, świadczyły aż nadto
jawnie, że to ręka ludzka dokonała zniszczenia.
Miller wstąpił wyżej, ku działom; stały głuche, zagwożdżone, nie groźniejsze już od pni
drzewa; na jednym z nich leżało przewieszone ciało kanoniera, prawie na wpół przecięte
strasznym zamachem kosy. Krew oblała lawetę i utworzyła pod nią obszerną kałużę. Miller
obejrzał wszystko dokładnie, w milczeniu i ze zmarszczoną brwią. Nikt z oficerów nie
śmiał tego milczenia przerwać.
Jakże tu bowiem nieść pociechę staremu jenerałowi, który wskutek nieostrożności własnej
został pobity jak nowicjusz? Była to nie tylko klęska, była i hańba, bo przecie sam
jenerał twierdzę ową kurnikiem nazywał i obiecywał ją między palcami rozkruszyć, bo
przecie miał dziewięć tysięcy wojska, a tam ostało dwieście załogi, bo na koniec, jenerał
ów był żołnierzem z krwi i kości, a miał przeciw sobie mnichów.
Ciężko zaczął się dla Millera ów dzień.
Tymczasem nadeszli piechurowie i poczęli ciała wynosić. Czterech z nich, niosąc na
płachcie trupa, zatrzymało się przed jenerałem bez rozkazu.
Miller spojrzał w płachtę i oczy zakrył.
- De Fossis... -rzekł głucho.
Ledwie co odeszli, nadciągnęli drudzy; tym razem Sadowski poruszył się ku nim i zawołał z
daleka, zwracając się do sztabu:
- Horna niosą!
Lecz Horn żył jeszcze i długie miał przed sobą dni mąk okropnych. Chłop, który go ciął,
dosięgnął go samym końcem kosy, ale uderzenie było tak straszne, że otwarło całą klatkę
piersiową. Jednakże ranny zachował nawet przytomność. Spostrzegłszy Millera i sztab
uśmiechnął się, chciał coś mówić, lecz zamiast głosu wydobył tylko na usta pianę różową,
po czym jął mrugać silnie oczyma i zemdlał.
- Zanieść go do mego namiotu! - rzekł Miller - i niech mój medyk opatrzy go natychmiast!
Następnie oficerowie usłyszeli, jak mówił sam do siebie:
- Horn. Horn... We śnie go widziałem... zaraz z wieczora... Straszna, niepojęta rzecz...
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional