lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 432

Dzielny pułkownik Horn, gubernator krzepicki, starał się zebrać koło siebie
rozpierzchłych knechtów, skoczywszy więc za węgieł szańca, począł wołać w ciemności i
wymachiwać szpadą. Poznali go Szwedzi i wnet poczęli się kupić, lecz na ich karkach i
razem z nimi nadlatywali napastnicy, których w pomroce trudno było odróżnić.
Nagle rozległ się straszliwy świst kosy i głos Horna ucichł nagle. Kupa żołnierzy
rozbiegła się, jakby granatem rozegnana. Kmicic i pan Czarniecki z oddziałem kilkunastu
ludzi rzucili się na nich i wycięli do szczętu.
Szaniec był zdobyty. W głównym obozie szwedzkim już trąby poczęły grać larum. Nagle
ozwały się działa jasnogórskie i kule ogniste poczęły lecieć z klasztoru, by wracającym
drogę oświecić. Oni wracali zdyszani, umazani krwią jak wilcy, którzy uczyniwszy rzeź w
owczarni, uchodzą przed zbliżającymi się odgłosami strzelców. Pan Czarniecki prowadził
czoło. Kmicic pochód zamykał.
W pół godziny natknął się na oddział Janicza, lecz on nie odpowiadał na wołanie; sam
jeden życiem przypłacił wycieczkę, bo gdy zapędził się za jakimś oficerem, właśni jego
żołnierze zastrzelili go z rusznicy.
Wycieczka weszła do klasztoru wśród huku dział i połysku płomieni. U przechodu czekał na
nich już ksiądz Kordecki i liczył ich, w miarę jak głowy przesuwały się do wnętrza przez
otwór. Nie brakło nikogo prócz Janicza.
Wnet dwóch ludzi wyszło po niego i w pół godziny później przynieśli ciało, jego chciał
bowiem ksiądz Kordecki przystojnym uczcić go pogrzebem.
Lecz cisza nocna, raz przerwana, nie powróciła już aż do białego dnia. Z murów grały
działa, w stanowiskach zaś szwedzkich trwało największe zamięszanie. Nieprzyjaciel nie
znając dobrze swej klęski, nie wiedząc, skąd nieprzyjaciel nadejść może, uciekł z
najbliższych klasztoru szańców. Całe pułki błąkały się w rozpaczliwym nieładzie do rana,
biorąc często swoich za nieprzyjaciół i dając do siebie ognia. W głównym nawet obozie
żołnierze i oficerowie opuścili namioty i stali pod gołym niebem, czekając, aż ta noc
okropna się skończy. Trwożliwe wieści przelatywały z ust do ust. Mówiono, że odsiecz
nadeszła, inni twierdzili, że wszystkie pobliskie szańce zdobyte.
Miller, Sadowski, książę Heski, Wrzeszczowicz i wszyscy wyżsi oficerowie czynili
nadludzkie usiłowania, by doprowadzić do ładu przerażone pułki. Jednocześnie na strzały
klasztorne odpowiedziano ognistymi kulami, aby rozproszyć ciemności i pozwolić ochłonąć
rozpierzchłym.
Jedna z kul utkwiła w dachu kaplicy, lecz trąciwszy tylko o załamanie dachu, wróciła się
z szumem i łoskotem ku obozowi, rozrzucając po powietrzu potok płomieni.
Nareszcie skończyła się zgiełkliwa noc. Klasztor i obóz szwedzki ucichły. Ranek począł
bielić szczyty kościelne, dachówki przybierały zwolna czerwoną barwę - i rozedniało.
Wówczas Miller na czele sztabu podjechał do zdobytego szańca. Mogli wprawdzie z klasztoru
dojrzeć go i dać ognia, lecz stary jenerał nie zważał na to. Chciał własnymi oczyma
obejrzeć wszystkie szkody, policzyć poległych. Sztab jechał za nim: wszyscy stropieni, ze
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional