lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 415

Tymczasem ksiądz Kordecki przygotowywał dusze ludzkie. Przystępowano do nabożeństwa,
jakby w wielkie i radosne święto, i gdyby nie niepokój i bladość niektórych twarzy, można
by było przypuszczać, że to wesołe a solenne Alleluja! się zbliża. Sam przeor mszę
celebrował, ozwały się wszystkie dzwony. Po mszy nabożeństwo nie ustawało jeszcze: wyszła
bowiem wspaniała procesja na mury.
Księdza Kordeckiego, niosącego Przenajświętszy Sakrament, prowadził pod ręce miecznik
sieradzki i pan Piotr Czarniecki. Przodem szły pacholęta w komżach, niosące trybularze na
łańcuszkach, bursztyn i mirrę. Przed i za baldachimem postępowały szeregi białej braci
zakonnej ze wzniesionymi ku niebu głowami i oczyma, ludzie różnych wieków, począwszy od
starców zgrzybiałych, skończywszy na młodzieniaszkach, którzy zaledwie do nowicjatu
weszli. Źółte płomyki świec chwiały się na wietrze, a oni szli i śpiewali zatopieni
całkiem w Bogu, jakoby niczego więcej na tym świecie niepamiętni. Za nimi widziałeś
podgolone głowy szlacheckie, zapłakane oblicza niewiast, ale spokojne pod łzami, wiarą i
ufnością natchnięte. Szli i chłopi w sukmanach, długowłosi, do pierwszych chrześcijan
podobni; małe dzieci, dziewczęta i chłopcy, zmieszani w tłumie łączyli swe anielskie
cienkie głosiki z ogólnym chorałem. I Bóg słuchał tej pieśni, tego wylania serc, tego
uciekania się spod ucisków ziemskich pod jedyną ochronę skrzydeł bożych. Wiatr ucichł,
uspokoiło się powietrze, niebo wybłękitniało, a słońce jesienne rozlało łagodne,
bladozłote, lecz ciepłe jeszcze światło na ziemię.
Orszak obszedł raz mury, lecz nie wracał, nie rozpraszał się - szedł dalej. Blaski od
monstrancji padały na twarz przeora, ; ta twarz wydawała się od nich jakoby złota także i
promienista. Ksiądz Kordecki oczy trzymał przymknięte, a na ustach miał nieziemski prawie
uśmiech szczęścia, słodyczy, upojenia; duszą był w niebie, w jasnościach, w odwiecznym
weselu, w niezmąconym spokoju. Lecz jak gdyby stamtąd odbierał rozkazy, aby nie zapomniał
o tym ziemskim kościele, o ludziach i o twierdzy, i o tej godzinie, która miała nadejść,
chwilami zatrzymywał się, otwierał oczy, wznosił monstrancję i błogosławił.
Więc błogosławił lud, wojsko, chorągwie kwitnące jak kwiaty, a migotliwe jak tęcza; potem
błogosławił mury i wzgórze na okolice patrzące, potem błogosławił działa mniejsze i
większe, kule ołowiane, żelazne, naczynia z prochem, dylowania przy armatach, stosy
srogich narzędzi do odparcia szturmu służących; potem błogosławił wioskom na dalekościach
leżącym i błogosławił północy, południu, wschodowi i zachodowi, jak gdyby chciał na całą
okolicę, na całą tę ziemię moc bożą rozciągnąć.
Biła godzina druga z południa; procesja była jeszcze na murach. A wtem na krańcach, gdzie
niebo zdawało się stykać z ziemią i rozciągały się mgły sinawe, w tych mgłach właśnie
zamajaczało coś i poczęło się poruszać, wypełzały jakieś kształty, z początku mętne,
które zwierając się stopniowo, stawały się coraz wyraźniejsze. Okrzyk nagle uczynił się
na końcu procesji:
- Szwedzi! Szwedzi idą!
Potem zapadła cisza, jakoby serca i języki zdrętwiały; dzwony tylko biły dalej. Lecz w
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional