lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 411

jednym sławnym adze zdobył. Słuchał tedy pogróżek i wymysłów, a wreszcie, gdy olbrzymi
rajtar przypadł pod skałę i począł wrzeszczeć, zwrócił się pan Andrzej do Czarnieckiego:
- Na Boga! przeciw Najświętszej Pannie bluźni... Ja niemiecką mowę rozumiem... bluźni
strasznie!...Nie wytrzymam! I zniżył łuk, lecz pan Czarniecki uderzył po nim ręką.
- Bóg go za bluźnierstwa skarze - rzekł - a ksiądz Kordecki nie pozwolił pierwszym nam
strzelać, chybaby oni zaczęli.
Ledwie domówił, gdy rajtar podniósł kolbę muszkietu do twarzy, strzał huknął, a kula nie
dobiegłszy murów przepadła gdzieś między szczelinami skały.
- Teraz wolno? -krzyknął Kmicic.
- Wolno! -odpowiedział Czarniecki.
Kmicic, jako prawdziwy człek wojny, uspokoił się w jednej chwili. Rajtar, osłoniwszy
dłonią oczy patrzył za śladem swej kuli, a on naciągnął łuk, przesunął palcem po
cięciwie, aż zaświegotała jak jaskółka, a następnie wychylił się dobrze i zawołał:- Trup!
Trup!
Jednocześnie rozległ się żałosny świst okrutnej strzały; rajtar upuścił muszkiet,
podniósł obie ręce do góry, zadarł głowę i zwalił się na wznak. Przez chwilę rzucał się
jak ryba wyjęta z wody i kopał ziemię nogami, lecz wnet wyciągnął się i pozostał bez
ruchu.
- To jeden! - rzekł Kmicic.
- Zawiąż na rapciach! - rzekł pan Piotr.
- Sznura z dzwonnicy nie wystarczy, jeżeli Bóg pozwoli! - krzyknął pan Andrzej.
Wtem przypadł do trupa drugi rajtar pragnąc zobaczyć, co mu jest, lub może kiesę zabrać,
lecz strzała świsnęła znowu i drugi padł na piersi pierwszego.
W tymże czasie ozwały się polowe armatki, które Wrzeszczowicz ze sobą przyprowadził. Nie
mógł on z nich burzyć fortecy, jak również nie mógł myśleć o zdobyciu jej, mając ze sobą
tylko jazdę; ale na postrach księżom walić kazał. Jednakże początek był dany.
Ksiądz Kordecki pojawił się przy panu Czarnieckim, a z nim szedł ksiądz Dobrosz, który
artylerią klasztorną w czasie pokoju zawiadywał i w święta na wiwaty ognia dawał, dlatego
za przedniego puszkarza między zakonnikami uchodził.
Przeor przeżegnał działo i wskazał je księdzu Dobroszowi, a ów rękawy zakasał i począł je
rychtować w lukę pomiędzy dwoma budynkami, w której wichrzyło się kilkunastu jeźdźców, a
pomiędzy nimi oficer z rapierem w ręku. Długo celował ksiądz Dobrosz, bo chodziło o jego
reputację. Wreszcie wziął lont i przytknął do zapału.
Huk wstrząsnął powietrzem i dym widok zasłonił. Po chwili jednak wiatr go rozniósł. W
luce między budynkami nie było już ani jednego jeźdźca. Kilku wraz z końmi leżało na
ziemi, inni pierzchli.
Zakonnicy zaczęli śpiewać na murach. Trzask zapadających się budynków przy Świętej
Barbarze wtórował pieśni. Uczyniło się ciemniej, jeno nieprzejrzane roje iskier,
wypchniętych w górę upadkiem belek, wzbiły się w powietrze.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional