lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 394

Od bramy fortecznej chłopi i szlachta, mieszczanie z różnych okolic, ludzie wszelkiego
wieku, obojej płci i wszystkich stanów, czołgali się ku kościołowi na kolanach, śpiewając
pieśni pobożne. Płynęła ta rzeka bardzo wolno i bieg jej zatrzymywał się co chwila, gdy
ciała zbiły się zbyt ciasno. Chorągwie wiały nad nią na kształt tęczy. Chwilami pieśni
milkły i tłumy poczynały odmawiać litanię, a wówczas grzmot słów rozlegał się z jednego
końca w drugi. Między pieśnią a pieśnią, między litanią a litanią tłumy milkły i biły
czołem w ziemię lub rzucały się krzyżem; słychać było tylko głosy błagalne i przeraźliwe
żebraków, którzy siedząc po dwóch brzegach rzeki ludzkiej, odsłaniali na widok publiczny
swe skaleczałe członki. Wycie ich mieszało się z brzękiem grosiwa wrzucanego do
blaszanych i drewnianych mis. I znowu rzeka głów toczyła się dalej, i znowu brzmiały
pieśni.
W miarę jak fala zbliżała się do drzwi kościoła, zapał wzrastał i zmieniał się w
uniesienie. Widziałeś ręce wyciągnięte ku niebu, oczy wzniesione, twarze blade ze
wzruszenia lub rozpalone modlitwą.
Różnice stanu znikły: chłopskie sukmany zmieszały się z kontuszami, żołnierskie kolety z
żółtymi kapotami mieszczan.
We drzwiach kościoła ścisk powiększył się jeszcze. Ciała ludzkie utworzyły już nie rzekę,
ale most tak zbity, iż można by było przejść po głowach, ramionach, nie dotknąwszy stopą
ziemi. Piersiom brakło oddechu, ciałom przestrzeni, lecz duch, który je ożywiał, dawał im
żelazną odporność. Każdy się modlił, nikt nie myślał o niczym innym; każdy dźwigał na
sobie tłok i ciężar całej tej masy, lecz nikt nie upadał i popychany przez tysiące, czuł
w sobie siłę za tysiące, i z tą siłą parł naprzód, pogrążon w modlitwie, w upojeniu, w
egzaltacji.
Kmicic, czołgający się ze swymi ludźmi w pierwszych szeregach, dostał się wraz z
pierwszymi do kościoła, potem prąd wniósł go do cudownej kaplicy, gdzie tłumy rzuciły się
na twarz, płacząc, obejmując rękoma posadzkę i całując ją z uniesieniem. Tak czynił i pan
Andrzej, a gdy wreszcie ośmielił się podnieść głowę, uczucie rozkoszy, szczęścia i
zarazem śmiertelnej obawy odjęło mu prawie przytomność.
W kaplicy panował mrok czerwony, którego nie rozpraszały zupełnie płomyki świec jarzących
się przed ołtarzem. Barwne światła wpadały także przez szyby, i wszystkie one blaski
czerwone, fioletowe, złote, ogniste drgały na ścianach, ślizgały się po rzeźbach,
załamaniach, przedzierały się w zaciemnione głębie, wydobywając na jaw jakieś niewyraźne
przedmioty pogrążone jakoby we śnie. Tajemnicze połyski rozbierały się i skupiały z
mrokiem tak nieznacznie, że nikła wszelka różnica między światłem a cieniem. Świece na
ołtarzu miały glorie złote. Dymy z kadzielnic tworzyły mgłę purpurową; biały ornat
zakonnika, odprawiającego ofiarę; grał przyćmionymi kolorami tęczy. Wszystko tu było
półwidne, półprzesłonięte, nieziemskie: blaski nieziemskie, mroki nieziemskie
-tajemnicze, uroczyste, błogosławione, przepełnione modlitwą, adoracją, świętością...
Z głównej nawy kościoła dochodził szum zmieszany głosów ludzkich, jak ogromny szum morza,
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional