lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 393

Kmicic dawno nie zaznał, otucha, której na próżno szukał, siła niepokonana, na której
chciał się oprzeć. Wstąpiło weń jakoby nowe życie i poczęło krążyć po żyłach wraz ze
krwią. Odetchnął tak głęboko, jak chory budzący się z gorączki, z nieprzytomności.
A kościół Iśnił się coraz bardziej, jakby wszystko światło słoneczne w siebie zabrał.
Cała kraina leżała u jego stóp, a on patrzył na nią z wysokości, rzekłbyś: stróż jej i
opiekun.
Kmicic długo oczu nie mógł oderwać od tego światła i nasycał, i koił się jego widokiem.
Ludzie jego mieli twarze poważne i przejęte obawą.
Wtem odgłos dzwonu rozległ się w cichym rannym powietrzu.
- Z koni! - zawołał pan Andrzej.
Zeskoczyli wszyscy z kulbak i klęknąwszy na drodze, rozpoczęli litanię. Kmicic ją
odmawiał, a żołnierze odpowiadali chórem. Nadjechały przez ten czas nowe wozy; chłopi,
widząc modlących się na drodze ludzi, przyłączyli się do nich i coraz większa czyniła się
gromada.
Gdy wreszcie skończono modlitwy, powstał pan Andrzej, a za nim i jego ludzie, lecz szli
już dalej piechotą, prowadząc konie za uzdy i śpiewając:
?Witajcie, jasne podwoje..."
Pan Andrzej szedł tak rzeźwy, jakby skrzydła miał u ramion. W skrętach drogi kościół to
niknął, to ukazywał się na przemian. Gdy przesłoniły go wyniosłości lub parowy, zdawało
się Kmicicowi, że ciemność świat ogarnia, lecz gdy znowu rozbłyskał, wówczas
rozpromieniały się i wszystkie twarze.
Tak szli długo. Kościół, klasztor i otaczające go mury widniały coraz wyraźniej, stawały
się coraz wspanialsze, ogromniejsze. Dojrzeli wreszcie i miasto w dali, a pod górą całe
szeregi domów i chat, które przy ogromie kościelnym wydawały się tak małe jako gniazda
ptasie.
Była to niedziela, więc gdy słońce wybiło się już dobrze w górę, droga zaroiła się wozami
i pieszym ludem ciągnącym na nabożeństwo. Z wysokich wież poczęły huczeć dzwony większe i
mniejsze napełniając powietrze wspaniałym dźwiękiem. Była w tym widoku i w tych głosach
spiżowych jakaś potęga, jakiś niezmierny majestat, a zarazem i spokój. Ten szmat ziemi u
stóp Jasnej Góry wcale był niepodobny do reszty kraju.
Tłumy ludu czerniały naokół murów kościelnych. Pod górą stały setki wozów, bryczek,
kolasek, bid; gwar ludzki mieszał się ze rżeniem koni poprzywiązywanych do palików. Dalej
na prawo, wedle głównej drogi prowadzącej na górę, widać było całe szeregi straganów, w
których sprzedawano wota metalowe i woskowe, świece, obrazy, szkaplerze. Fala ludzka
płynęła wszędy swobodnie.
Bramy były szeroko otwarte, kto chciał, wchodził, kto chciał, wychodził; na murach, przy
działach, zgoła nie było żołnierzy. Strzegła widocznie kościoła i klasztoru sama świętość
miejsca - a może ufano listom Karola Gustawa, którymi bezpieczeństwo zaręczył.
tom II
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional