lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 392

Panu Kmicicowi wydało się, że Oleńka i ojczyzna to to samo i że obie zgubił i dobrowolnie
Szwedom wydał.
Wówczas chwytał go żal tak niezmierny, że się budził i spoglądał zdumiony- mi oczyma
wokoło siebie albo też nasłuchiwał wiatru, który w kominie, w ścianach, w dachu świstał
różnymi głosami i wygrywał przez wszystkie szpary jak na organach.
Lecz widzenia wracały. Oleńka i ojczyzna znów zlewały się w jego umyśle w jedną istotę,
którą Wrzeszczowicz uprowadzał mówiąc: ?Za późno! za późno!"
Tak przegorączkował pan Andrzej całą noc. W chwilach przytomności myślał, że przyjdzie mu
zachorować obłożnie, i już chciał wołać Sorokę, by mu krew puszczał. Lecz tymczasem
poczęło świtać; Kmicic zerwał się i wyszedł przed zajazd.
Zaledwie pierwszy brzask rozpraszał ciemności; dzień zapowiadał się pogodnie; chmury
pozbijały się w długie taśmy i pasma na zachodzie, ale wschód był czysty; na blednącym
zwolna niebie migotały niepoprzesłaniane oparami gwiazdy. Kmicic zbudził ludzi, sam
przybrał się w świąteczne suknie, bo nadchodziła właśnie niedziela, i ruszyli w drogę.
Po złej, bezsennej nocy był Kmicic znużony na ciele i duszy.
Ani ów ranek jesienny, blady, ale rzeźwy, szronisty i pogodny, nie mógł rozproszyć smutku
gniotącego serce rycerza. Nadzieja wypaliła się w nim do ostatniego źdźbła i zgasła jak
lampa, w której oliwy zabrakło. Co mu przyniesie ten dzień? Nic! Te same smutki, to samo
utrapienie, prędzej przyrzuci ciężaru na duszę, z pewnością nie ujmie.
Jechał więc w milczeniu utkwiwszy oczy w jakiś punkt bardzo błyszczący na widnokręgu.
Konie parskały na pogodę; ludzie poczęli śpiewać sennymi głosami jutrznię.
Tymczasem rozwidniało się coraz bardziej, niebo z bladego stawało się zielone i złote, a
ów punkt na widnokręgu począł tak błyszczeć, że oczy mrużyły się od tego blasku.
Ludzie przestali śpiewać i wszyscy patrzyli w tamtą stronę, wreszcie Soroka rzekł:
- Dziwo czy co?... Toć tam zachód, a jakby słońce wschodziło?
Istotnie, owo światło rosło w oczach, z punktu uczyniło się kołem, z koła koliskiem - z
dala rzekłbyś, że ktoś zawiesił nad ziemią olbrzymią gwiazdę siejącą blaski niezmierne.
Kmicic i jego ludzie patrzyli ze zdumieniem na owo zjawisko świetliste, drgające,
promienne, nie wiedząc, co mają przed oczyma.
Wtem od Kruszyny chłop nadjechał w drabinkach. Kmicic zwróciwszy się ku niemu ujrzał, iż
chłop czapkę trzymał w ręku i patrząc w owo światło modlił się.
- Chłopie? - spytał pan Andrzej - a co się to tak świeci?
- Kościół jasnogórski! - odrzekł kmieć.
- Chwała Najświętszej Pannie! - zakrzyknął Kmicic i czapkę zdjął z głowy, za nim uczynili
toż samo jego ludzie.
Po tylu dniach zmartwień, zwątpienia i zawodów uczuł nagle pan Andrzej, że staje się z
nim coś dziwnego. Ledwie słowa: ?Kościół jasnogórski!", przebrzmiały mu w uszach, gdy
smutek opadł z niego, jakoby kto ręką odjął. Ogarnęła rycerza jakaś niewypowiedziana
bojaźń, pełna czci, ale zarazem nieznana radość, wielka, błoga. Od tego kościoła,
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional