lektory on-line

Krzyżacy - Strona 386

Tolima i spoglądając łakomie na Niemca, jął poruszać nozdrzami, jakby już zwietrzył
zapach świeżej krwi. I ciężko musiał walczyć z tą żądzą, ciężko łamać się z sobą, aż
dopiero gdy pomyślał, że Jurand nie do granicy tylko darował życie i wolność jeńcowi i że
w takim razie na nic by się nie przydał pański święty uczynek i zmniejszyłaby się za
niego nagroda niebieska, przezwyciężył się wreszcie i powstrzymawszy konia, rzekł:
- Oto granica nasza, a i do waszej niedaleko. Jedźże wolny, a jeśli cię zgryzota nie
zdławi i piorun boski nie doścignie, to od ludzi nic ci nie grozi.
I to rzekłszy, zawrócił, a tamten pojechał przed siebie z jakąś dziką skamieniałością w
twarzy, nie odezwawszy się ani jednym słowem i jakby nie słysząc, że ktoś do niego
przemówił.
I jechał dalej szerszym już gościńcem, rzekłbyś, pogrążon we śnie.
Krótka była przerwa w burzy i krótko trwało rozjaśnienie. Ściemniło się znów tak, iż
rzekłbyś, na świat padł mrok wieczorny i chmury zstąpiły nisko, prawie nad sam bór. Z
góry dochodził złowrogi pomruk i jakby niecierpliwy syk i warczenie piorunów, które
hamował jeszcze anioł burzy. Ale błyskawice rozświecały już co chwila oślepiającym
blaskiem groźne niebo i przerażoną ziemię i wówczas widać było szeroką drogę idącą wśród
dwóch czarnych ścian boru, na niej zaś w pośrodku samotnego jeźdźca na koniu. Zygfryd
jechał na wpół przytomny, trawiony przez gorączkę. Rozpacz żrąca mu duszę od czasu
śmierci Rotgiera, zbrodnie popełnione przez zemstę, zgryzoty, przerażające widzenia,
duszne targaniny zmąciły jego umysł już od dawna do tego stopnia, że z największym tylko
wysiłkiem bronił się szaleństwu, a chwilami nawet mu się poddawał. Świeżo zaś - i trudy
podróży pod twardą ręką Czecha, i noc spędzona w spychowskim więzieniu, i niepewność
losu, a nade wszystko ów niesłychany, nadludzki niemal czyn łaski i miłosierdzia, który
po prostu go przeraził, wszystko to potargało go do ostatka. Chwilami tężała i krzepła w
nim myśl, tak że zupełnie tracił rozpoznanie, co się z nim dzieje, ale potem znów
gorączka budziła go i zarazem budziła w nim jakieś głuche poczucie rozpaczy, zatraty,
zguby - poczucie, że wszystko już minęło, zgasło, skończyło się, że nadszedł jakiś kres,
że naokół jeno noc i noc, i nicość, i jakby jakaś otchłań okropna wypełniona
przerażeniem, ku której musi jednak iść.
- Idź! idź! - szepnął mu nagle nad uchem jakiś głos. A on obejrzał się - i ujrzał śmierć.
Sama kształtu kościotrupa, siedząc na kościotrupie końskim, sunęła tuż obok, biała i
klekocąca kościami.
- Jesteś? - zapytał Krzyżak.
- Jestem. Idź! idź!
Ale w tej chwili spostrzegł, że z drugiej strony ma także towarzysza: strzemię w strzemię
jechał jakiś twór ciałem podobny do człowieka, ale z nieludzką twarzą, głowę miał bowiem
zwierzęcą, ze stojącymi uszami, długą, spiczastą i pokrytą czarną sierścią.
- Ktoś ty? - zawołał Zygfryd.
Ów zaś, zamiast odpowiedzieć, pokazał mu zęby i począł głucho warczeć.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional