lektory on-line

Krzyżacy - Strona 385

Kaleb, nie chcąc, by zmarniał tak niesłychany uczynek miłosierdzia, zwrócił się ku
szemrzącym i zawołał:
- Kto się świętemu śmie sprzeciwić? Na kolana! I klęknąwszy sam, począł mówić:
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje...
I odmówił "Ojcze nasz" do końca. Przy słowach: "i odpuść nam nasze winy jako i my
odpuszczamy naszym winowajcom", oczy jego zwróciły się mimo woli na Juranda, którego
oblicze zajaśniało istotnie jakimś nadziemskim światłem.
A widok ów w połączeniu ze słowami modlitwy skruszył serca wszystkich obecnych, gdyż
stary Tolima o zatwardziałej w ustawicznych bitwach duszy, przeżegnawszy się krzyżem
świętym, objął następnie Jurandowe kolano i rzekł:
- Panie, jeśli wasza wola ma się spełnić, to trzeba jeńca do granicy odprowadzić.
- Tak! - skinął Jurand.
Coraz częstsze błyskawice rozświecały okna; burza była bliżej i bliżej.
Rozdział XXVI
Dwaj jeźdźcy zdążali wśród wichru i nawalnego już chwilami dżdżu ku spychowskiej granicy:
Zygfryd i Tolima. Ten ostatni odprowadzał Niemca z obawy, aby po drodze nie zabili go
chłopi czatownicy lub czeladź spychowska, płonąca ku niemu straszną nienawiścią i zemstą.
Zygfryd jechał bez broni, ale i bez pęt. Burza, którą gnał wicher, była już nad nimi.
Kiedy niekiedy, gdy huknął niespodziany grzmot, konie przysiadały na zadach. Oni jechali
w głębokim milczeniu zapadłym wądołem, nieraz z powodu ciasnoty drogi tak blisko siebie,
że strzemię trącało o strzemię. Tolima, przywykły od całych lat do stróżowania jeńców,
spoglądał i teraz chwilami na Zygfryda bacznym okiem, jak gdyby mu chodziło o to, aby
niespodzianie nie umknął - i dreszcz mimowolny przejmował go za każdym razem, albowiem
wydawało mu się, że oczy Krzyżaka świecą w pomroce jak oczy złego ducha albo upiora.
Przychodziło mu nawet do głowy, aby go przeżegnać, ale na myśl, że pod znakiem krzyża
może mu zawyje nieludzkim głosem i zmieniwszy się w szkaradny kształt pocznie kłapać
zębami, zdejmował go strach jeszcze większy. Stary wojownik, który umiał bić w pojedynkę
w całe kupy Niemców, jak jastrząb bije w stado kuropatw - bał się jednakże sił
nieczystych i nie chciał mieć z nimi do czynienia. Wolałby też był pokazać Niemcowi po
prostu dalszą drogę i zawrócić, ale wstyd mu było samego siebie, więc odprowadził go aż
do granicy.
Tam, gdy dotarli do krańca spychowskiego lasu, nastała przerwa w dżdżu i chmury
zajaśniały jakimś dziwnym żółtym światłem. Uczyniło się widniej i oczy Zygfryda utraciły
ów poprzedni niesamowity blask. Ale wówczas napadła na Tolimę inna pokusa:
"Kazali mi - mówił sobie - odprowadzić tego wściekłego psa przezpiecznie aż do granicy,
tom go i odprowadził; ale zaliż ma on odjechać bez pomsty i kary, ów kat pana mojego i
jego dziecka, i czy nie byłby to godny a miły Bogu uczynek zgładzić go? Ej! nużbym go
pozwał na śmierć? Nie ma ci on wprawdzie broni, ale o milę zaraz, w pana Warcimowym
dworzyszczu, dadzą mu przecie jaki miecz albo okszę - i będę się z nim potykał. Da Bóg,
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional