lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 376

- Jakże to? - pytał Kmicic - jedną szlachtę prześladują i gnębią, z drugą w komitywę
wchodzą? Muszą to być chyba zagorzali sprzedawczykowie owi obywatele, których między
żołnierstwem widzę?
- Nie tylko to sprzedawczykowie zagorzali, ale gorzej, bo heretycy -odpowiedział
szlachcic. - Ciężsi oni od Szwedów nam katolikom; oni to najwięcej rabują, dwory palą,
panny porywają, prywatnych uraz dochodzą. Cały kraj od nich w trwodze, bo całkiem
bezkarnie im wszystko uchodzi, i łatwiej u komendantów szwedzkich na Szweda znajdziesz
sprawiedliwość niż na swojego heretyka. Każdy komendant, byleś słowo pisnął, zaraz ci
odpowie: ?Nie mam ja go prawa ścigać, bo nie mój człowiek - idźcie do waszych
trybunałów." A jakie tam teraz trybunały, jaka egzekucja, gdy wszystko w szwedzkim ręku?
Gdzie Szwed nie trafi, tam heretycy go doprowadzą, a na kościoły i duchownych głównie oni
ich excitant. Tak się mszczą na ojczyźnie matce za to, iż gdy w innych chrześcijańskich
krajach słusznie za swoje praktyki i bezeceństwa byli prześladowani, ona im przytułek
zapewniła i wolność ich bluźnierczej wiary...
Tu szlachcic urwał i spojrzał niespokojnie na pana Kmicica.
- Ale waszmość powiadasz się być z Prus Książęcych, toś sam może luter?
- Niech mnie Bóg od tego uchroni - odrzekł pan Andrzej.
- Z Prus jestem, ale z rodu od wieków katolickiego, bo my do Prus z Litwy przyszli.
- To chwała Najwyższemu, bom się zląkł. Mój mospanie, quod attinet Litwy, i tam
dysydentów nie brak, i naczelnika swego potężnego w Radziwille mają, który tak wielkim
zdrajcą się okazał, że chyba z jednym Radziejowskim w paragon wejść może.
- Bogdaj mu diabli duszę z gardła wyciągnęli, nim Nowy Rok nadejdzie! -krzyknął z
zawziętością Kmicic.
- Amen ! - odrzekł szlachcic - jeszcze i jego sługom, jego pomocnikom, jego katom, o
których aż tu do nas wieści zabiegły, a bez których nie byłby on się ważył na zgubę tej
ojczyzny.
Kmicic pobladł i nie odrzekł ani słowa. Nie wypytywał też, nie śmiał pytać, o jakich to
pomocnikach, sługach i katach ów szlachcic prawi.
Jadąc wolno, dojechali późnym wieczorem do Pułtuska; tam wezwano Kmicica do biskupiego
pałacu, alias zamku, żeby się komendantowi opowiedział.
- Dostawiam konie wojskom jego szwedzkiej miłości - rzekł pan Andrzej - i mam kwity, z
którymi do Warszawy po pieniądze jadę.
Pułkownik Izrael (tak nazywał się ów komendant) uśmiechnął się pod wąsami i rzekł:
- O, spiesz się waść, spiesz się, a weź z powrotem wóz, abyś miał na czym owe pieniądze
odwozić.
- Dziękuję za radę - odrzekł pan Andrzej - i tak rozumiem, że wasza miłość drwi sobie ze
mnie... Ale ja po swoje pojadę, choćby mi do samego króla jegomości jechać przyszło!
- Jedź, swego nie daruj! - rzekł Szwed - wcale grzeczna kwota ci się należy.
- Przyjdzie taki czas, że mi zapłacicie! - odrzekł wychodząc Kmicic. W samym mieście
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional